piątek, 18 maja 2018

Pieniądze miarą spełnionego życia?


W ostatnim poście próbowałam zadać kłam destrukcyjnym standardom piękna. Temat zamierzam dalej rozwinąć i ostatecznie się z nim rozprawić w poście kolejnym - jest na warsztacie! Piszę go dla siebie, by zmierzyć się z własnymi mrokami, ale nie tylko. Wysoka, wręcz nieosiągalna poprzeczka, to problem wielu wspaniałych, lecz niedocenionych kobiet i również w ich imieniu chcę się wypowiedzieć. Póki co, jest jeszcze jeden ważny dla mnie temat, który potrzebuję przepracować. Temat pieniędzy i zamożności.

Nie jest dobrze, gdy człowiek musi wiecznie chodzić z nosem przy ziemi. Nieustanne troskanie się o chleb powszedni odciąga od spraw wzniosłych. Stąd tak wielu ludzi na skraju nędzy spada na dno, upadla się. Myślę jednak, że posiadanie wszystkiego pod dostatkiem, też może niekiedy psuć. Nie neguję wartości pieniądza! Dobrze mieć ich na tyle, by nie stracić poczucia bezpieczeństwa. I jak dla mnie, to w sam raz! Konieczność kalkulacji, analiza posiadanych środków i rozsądne nimi rozporządzanie tak, by na wszystko starczyło, niewątpliwie uczy szacunku do ludzkiej pracy i dóbr materialnych. Takiego dobrego szacunku. Gdy miałam 15 lat, mój tata zmarł na raka. Po jego śmierci nie było lekko, ale mama starała się nam zapewnić wszystko, co konieczne dla młodego człowieka - od książek do szkoły, przez kulturę, po modne ubrania - w stopniu takim, w jakim to było możliwe. Latem zabierała nas na koncerty organowe do Katedry Oliwskiej. Z czasem niestety bilety zrobiły się zbyt drogie.. Zanim poszłam do szkoły muzycznej, mama zapisała mnie do ogniska muzycznego. Pamiętam jak supłała każdy grosz, by zapłacić za moją edukację. Jednak wszystko, co otrzymałam - szanowałam. Dbałam o ubrania, o piórnik, o magnetofon, w końcu o komputer, gdy i ten - z dużym opóźnieniem - trafił do naszego domu. Miałam tylko jedną lalkę Barbie, której moja zazdrosna koleżanka (córka marynarza, z całą paletą lalek z Pewex-u) obcięła włosy. Musiałam stać się bardzo pomysłowa, by aranżować jej ciekawe kapelusze itd. ale styl i kreatywność pozostały mi na całe życie. Dzisiejsi rodzice, tak jak kiedyś moja mama, starają się zapewnić swoim dzieciom wszystko, gdzieś jednak chyba popełniają błąd. Telefon komórkowy w posiadaniu najmłodszych, to znak naszych czasów i wcale nie jestem temu przeciwna. Niemniej nie rozumiem, po co od razu najnowszy full wypas smartphone. To generuje wśród młodzieży postawę wybitnie roszczeniową.

Osiągnąć coś w życiu. Co to dziś znaczy? Intratne stanowisko, własne mieszkanie oraz inne dobra. Czy ja coś w życiu osiągnęłam? Zdaje się, że dla świata więcej byłabym warta oddając niepełnosprawne dziecko do zakładu i robiąc karierę zawodową. Każdy człowiek ma prawo myśleć o sobie, realizować siebie i swoje marzenia; tyle że czasem droga spełnienia siebie będzie inna, niż ta pierwotnie zaplanowana. Lata pracy i wyrzeczeń w zdobywaniu umiejętności muzycznych, i co? Choroba synka wywróciła moje życie do góry nogami. Nie porzuciłam jednak muzyki i swoich marzeń. Byłoby to zakopaniem biblijnego talentu. Śpiewam, gram, trochę uczę. Nie zbijam na tym kasy, robię to dla siebie, z serca. Nie chadzam do SPA i nie wyjeżdżam na zagraniczne wakacje, ale dbam o siebie, chodzę na spacery, doświadczam piękna świata, spotykam się z ludźmi, nie odmawiam sobie prawa do miłości i do życia... Każdy człowiek potrzebuje, by myśleć o sobie, by realizować siebie i swoje marzenia, tyle że czasem droga spełnienia siebie będzie inna niż ta planowana.

Mówię to ja, którą życie doświadczyło i wciąż doświadcza. Nie jestem marzącą idealistką, beztroskim, nieświadomym i chowanym pod kloszem człowiekiem. Jak każdy, noszę swój bagaż - wcale nie taki mały - lecz wiem, co ma w życiu prawdziwą wartość i będę o to walczyć.






czwartek, 3 maja 2018

Deprymujące standardy "piękna"


Na przestrzeni wieków ideał piękna nieustannie się zmieniał, a przedstawiane sylwetki, pod  jego dyktando, ulegały przeobrażeniom. W Starożytności dominowała smukła budowa, choć wcięcie w talii u kobiet nie było zbyt znaczące. Obwód  w biuście z kolei był nieco mniejszy niż obwód w biodrach, natomiast wyraźnie zarysowywano mięśnie. Średniowieczne niewiasty były niezwykle kruche i wątłe, jednak - mimo swej szczupłości - często miały wydatne brzuchy. Epoka odrodzenia przyniosła więcej indywidualności, zwłaszcza w rysach twarzy. Ponadto renesansowe kobiety, w przeciwieństwie do swoich  średniowiecznych koleżanek, częściej zaspokajały swoje żywnościowe potrzeby. Ich ramiona są już krąglejsze, a biodra rozłożystsze. Barokowy ideał, to przede wszystkim postacie zmysłowe i o bujnych kształtach, choć nie brak też kobiet drobno zbudowanych, np. u Caravaggia. Dzięki wymyślnym gorsetom, w wieku XIX-tym, ideałem stała się talia podkreślona i tak wąska, jak tylko się dało. Na początku wieku XX-ego wzorcowy kształt stanowiła typowa sylwetka klepsydry, choć kibić nie musiała być już tak cienka. W latach 20-tych ubiegłego wieku liczyły się kobiety z małym biustem i wąskie w pasie. Wszystko to w ramach buntu przeciwko kobiecości. Niedługo później kanon piękna ponownie uległ zmianie o wydatne piersi, delikatne krągłości i talię osy. Lata 60-te, to delikatny zwrot w stronę lat 20-tych. Chłopięce kształty stały się oznaką niezależności. Lata 70-te, to powrót do postury seksownej, choć nieco bardziej atletycznej. Lata 80-te, to szerokie ramiona oraz pierwsze sztuczne piersi. W końcu świat mody zdominowały postacie szczupłe, z minimalną ilością tkanki tłuszczowej, ale za to z pokaźnym biustem. Śmiało można powiedzieć, że w wieku XXI  dążenie do "idealnej" sylwetki stało się obsesją.

Ikony stylu możemy prześledzić również na przykładzie lalki Barbie, która także przeszła metamorfozę, by niezmiennie pozostać najpiękniejszą dla współczesnych dziewczynek. Jej oczy - kiedyś wąskie i przymknięte - dziś szeroko otwarte, zachwycają długimi rzęsami. Także brwi, z biegiem lat, stały się idealnie wystylizowane. Znak rozpoznawczy Barbie, to oczywiście wyraźnie zarysowana talia, sterczący biust i długie nogi. Mimo to, począwszy od lat 90-tych, sukcesywnie chudnie, wręcz nienaturalnie. Jej wymiary są nie tylko niezdrowe, lecz wprost nieosiągalne. Nieistniejąca doskonałość jest chuda, ładna i obowiązkowo zamożna. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na społeczeństwo, zarówno to najmłodsze, jak i dorosłe.

Problem w tym, że Barbie, to nie tylko zabawka, lecz swego rodzaju inspiracja. Coraz częściej pojawiają się żywe lalki Barbie, usiłujące zakłamywać rzeczywistość. A przecież w naturze coś takiego po prostu nie występuje. Ideały piękna w przeszłości również nie były osiągalne dla każdej kobiety, choć niektóre miały to szczęście, że trafiły swoją sylwetką na właściwą epokę. Charakterystyczne jednak dla współczesnych czasów jest to, że doskonałość, która ponadto stała się swego rodzaju normą społeczną, osiągnąć można wyłącznie dzięki skalpelowi! Reżimowa pielęgnacja, dieta i ćwiczenia nie zbliżą nas do owego wzoru piękna. Zapewnić może to jedynie chirurgia. 

A jaka jest rzeczywistość? Otóż w przeważającej większości przypadków wychudzona sylwetka pociąga za sobą również niewielki biust. Pełne piersi idą raczej w parze z bujnymi kształtami. Sporadycznie bywa inaczej, niemniej duży biust nigdy, przenigdy sterczał nie będzie. Grawitacja działa niezależnie od wytyczanych nam kanonów piękna. Talia osy i pełne, sterczące piersi, to kompletna abstrakcja, chyba że silikonowe. Te w istocie same się "noszą" i nie potrzeba im żadnego biustonosza. Naturalne piersi w rozmiarze D+ nie zadowolą się byle biustonoszem. By pozostały na właściwej wysokości, potrzeba odpowiedniej konstrukcji stanika, nierzadko wrzynającego się w ramiona, co potwierdzi każda właścicielka sporego (naturalnego!) biustu. Co zaś tyczy się twarzy... Podkreślenie długich rzęs tuszem, to obecnie stanowczo za mało. Dziś uwodzicielskiemu spojrzeniu towarzyszyć muszą doklejone włoski. Coraz częściej na porządku dziennym - i to wcale nie wśród celebrytów - staje się zmienianie proporcji twarzy poprzez wstrzykiwanie różnego rodzaju wypełniaczy uwydatniających kości policzkowe. Istotnym wyznacznikiem kobiecego piękna są również pełne usta, mające kluczowy wpływ na atrakcyjność. Zabieg ich powiększania stał się bardzo popularny, wręcz powszechny.

Temat ideału nie omija też mężczyzn, jednak mam wrażenie, że w ich przypadku nie ma tak wielkiej skali rażenia. Choćby ze względu na tzw. solidarność plemników. I proszę mi tu nie replikować  o domniemanej solidarności jajników, bo owa nie istnieje. My kobiety nieustannie ze sobą konkurujemy, beznadziejnie ścigając  ideał. W ten sposób jedynie podwyższamy sobie już i tak nazbyt wysoko umieszczoną poprzeczkę. Natomiast mężczyźni nie będą tak chętnie podcinać gałęzi, na której siedzą. Są też, w porównaniu z kobietami, pewniejsi siebie, stąd mniej się przejmują jakimiś zewnętrznymi wytycznymi i nie mają tak silnej potrzeby udowadniania całemu światu, że od niego nie odstają. Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, bo nie brak prześcigających się, choćby w wielkości muskułów, mężczyzn oraz silnych osobowościowo kobiet, odpornych na destrukcyjną rywalizację o "podium".



Ikony dzisiejszej urody, czyli siostry Godlewskie:



Anella, czyli polska żywa Barbie:

 





Wszyscy chyba się zgodzą, że Anella w pewnym momencie wyraźnie przekroczyła granicę dobrego smaku, niemniej, ta (jeszcze ładna) idealna dziewczyna z górnego zdjęcia już ma sztuczne kości policzkowe i usta. Takie parametry w naturze po prostu nie występują. W zasadzie nikt nie zamierza nas mamić, ze tak jest. Jest o wiele gorzej! Wmusza nam się coś takiego jako normę, przekonując, że "perfekcja" osiągalna jest dla każdego. "Masz do tego prawo! Nie pozwól, by drobny defekt pozbawił Cię tej satysfakcji!"

Kanony piękna i wzorce na pewno wciąż będą ewoluować. Zastanawiam się jednak czy kobieta - dajmy na to taka, jak ja - dbająca o siebie w granicach rozsądku, ale bez inklinacji w kierunku skalpela, może być jeszcze postrzegana jako atrakcyjna? Szczupła, ale z biodrami i piersiami proporcjonalnymi do swojej szczupłości - czyli małymi, z przeciętnymi ustami, choć wcale nie wąskimi i zwykłymi rzęsami... A może to właśnie ona ma w sobie o wiele więcej "witaminy" niż wszystkie te nadmuchane lale z pełnymi dzióbkami i pokaźnymi, nachalnymi dekoltami?!



Kobieta taka jak ja, czyli... Ja


czwartek, 26 kwietnia 2018

Godne umieranie

Sprawa 2-letniego Alfiego Evansa wstrząsnęła całym światem. Poruszyła również i mnie, stąd ten post. Zacznijmy od schorzenia, na które cierpi chłopiec. Jest to niezidentyfikowana choroba neurologiczna, która sukcesywnie i bezpowrotnie wyniszcza mózg dziecka. Alfie trafił do szpitala kilka miesięcy po urodzeniu i - jak dotąd - przy życiu podtrzymywała go specjalistyczna aparatura. Decyzją sądu została ona odłączona. Wobec jednoznacznych złych rokowań, lekarze uznali taki krok za w pełni uzasadniony. Rodzice sprzeciwiają się tej decyzji. Istnieją tacy, którzy sądzą, że jest to wyraz głębokiej histerii ludzi, którzy nie potrafią pogodzić się ze śmiercią swojego dziecka, dlatego zrobią wszystko, by - jak to określiła moja kuzynka - "poprzytulać się do syna jeszcze dwie godziny". Lekarze oświadczyli, że ponad 70 procent istoty białej mózgu Alfiego zostało dosłownie "wyżarte", w konsekwencji czego mózg chłopca, to w większej części woda i płyn mózgowo-rdzeniowy. Nie mam zamiaru tej diagnozy kwestionować. Chłopiec umrze i nie będę z tym dyskutować, ani poddawać medycznych faktów w wątpliwość. Przedmiotem sporu jest zgoła co innego, a mianowicie uściślenie takich terminów jak uporczywa terapia oraz eutanazja.

Uporczywa terapia jest terapią nieuzasadnioną, która nie służy ogólnie pojętemu dobru pacjenta, lecz sztucznie przedłuża proces jego nieuchronnego umierania. Często jest wyrazem negacji naturalnego charakteru śmierci oraz próbą oszukania pacjenta w stanie terminalnym i jego rodziny przez uciekanie się do interwencji leczniczych z góry skazanych na niepowodzenie. Człowiek nie ma obowiązku poddania się takiej "terapii", a lekarz nie jest zobowiązany do jej stosowania. Instrukcja Kongregacji Nauki Wiary z 1980 r. Iura et bona mówi: "Gdy zagraża śmierć, której w żaden sposób nie da się uniknąć przez zastosowanie dostępnych środków, wolno w sumieniu podjąć zamiar zrezygnowania z leczenia, które może przynieść tylko niepewne i bolesne przedłużenie życia, nie przerywając jednak zwykłej opieki, jaka w podobnych wypadkach należy się choremu." Eutanazja zaś jest działaniem lub zaniechaniem działania, które samo w sobie lub w zamierzeniu zadaje śmierć osobom umierającym, znajdującym się w stanie skrajnego cierpienia, głębokiego upośledzenia lub nieświadomości. W eutanazji nie akceptuje się śmierci naturalnej, lecz prowokuje się śmierć przyśpieszoną. Zmierza ona bezpośrednio do spowodowania śmierci*. 

Alfie z pewnością umrze i być może nie zostało mu wiele czasu. W pewnym momencie jego mózg przestanie działać i to będzie chwila, w której należy odłączyć sprzęt. Wszelkie próby reanimacji w stanie śmierci klinicznej czy u krańcowo wyniszczonego chorego w stanie terminalnym, to rzeczywiście uporczywa terapia, która naraża umierającego na niepotrzebny stres i przeszkadza mu w spokojnym odejściu. Tyle że Alfie jeszcze nie doszedł do tego etapu, nie jest w stanie śmierci mózgu. Skoro odłączono aparatury, a mimo to chłopiec nadal oddycha, to znaczy, że jego mózg wciąż działa. Powinien zatem być objęty opieką aż do naturalnej śmierci. Czy to prawo przysługuje jedynie "dobrze rokującym"? Czy powinniśmy uśmiercać każdego nieuleczalnie chorego? I w którym momencie - od razu po diagnozie, czy też dopiero jak mu się "pogorszy"..? Śmierci należy pomagać uśmierzając ból i łagodząc jej dolegliwości, a nie ją przyspieszając. Każdemu śmiertelnie choremu przysługuje prawo do podstawowych zabiegów, takich jakpodawanie antybiotyków lub innych leków w przypadku powikłań infekcyjnych, leczenie odleżyn, odżywianie, leczenie niewydolności krążenia i niedomogi oddechowej. Nade wszystko zaś nie można zaniechać stosowania środków przeciwbólowych. Odstąpienie od ich aplikowania jest formą eutanazji. Pragnę natomiast przypomnieć, że przez wiele godzin Alfie pozbawiony był jakiejkolwiek opieki, w tym odżywiania! Egzekucja nie powiodła się. W tej sytuacji szpital miał w planie podać śmiertelny zastrzyk. To już jawna eutanazja. Zdawać by się mogło, że prawa dziecka łamane są w krajach słabo rozwiniętych, zacofanych, takich Afryka i Azja. O ewidentnym nieprzestrzeganiu praw człowieka można też mówić w przypadku Koreańczyków. Ale my - Europejczycy - jesteśmy tacy światli i nowocześni, tacy tolerancyjni! A jednak to właśnie w naszej cywilizowanej Europie ignoruje się najbardziej fundamentalne z praw -  prawo do życia! 

To miło, że łaskawie odstąpiono od śmiertelnego zastrzyku, że omawia się z rodzicami formy terapii paliatywnej, jednak w tym kontekście naturalnym jest, że rodzice chcą, by ich dzieckiem - do czasu naturalnej śmierci - zajmowała się inna placówka. To oni powinni wybrać miejsce ostatnich dni, tygodni czy miesięcy życia swojego syna. Niestety, mają zakaz opuszczania kraju. Traktuje się ich jak więźniów. Jest to dla mnie pogwałceniem praw człowieka i praw rodziców, wyrazem wielkiej niesprawiedliwości i tyranii, zdecydowanie nie na miarę cywilizowanego kraju. Takiej decyzji nigdy nie zrozumiem i nigdy się z nią nie zgodzę. 





wtorek, 10 kwietnia 2018

8 Rocznica

Katastrofa smoleńska sprawiła, że w duchu zadumy staliśmy się gotowi do pojednania. Niestety na krótko i - o ironio - w pierwszej kolejności podzielił nas krzyż, symbol miłości i zgody. 8 pokoleń niewoli nauczyło nas, że z okupantem się nie układa, lecz walczy, a ponadto wyczuliło na wszelkie próby pozbawienia nas polskości. Tacy jesteśmy, ale właśnie dzięki temu, mimo 200 lat prób odebrania nam tożsamości narodowej, przetrwaliśmy. A dziś - 10 IV - dzień jak co dzień. Gdzieś tam obchody, ale poza tym nikt nic nie mówi, nikt nie wspomina. Co najwyżej jacyś "prawicowi fanatycy".

Czy zapomnieliśmy? Z pewnością nie. Trudno byłoby zapomnieć wydarzenie, wokół którego wciąż toczą się tak liczne spory. Zatem - owszem - pamiętamy, choć nie jeden chciałby zapomnieć i to jest najsmutniejsze. "Odpalam" Facebooka, a tam ironiczne grafiki z Jarosławem Kaczyńskim i tragedią smoleńską w roli głównej. Ogromna część społeczeństwa po prostu kpi sobie z tego, co wydarzyło się 8 lat temu zapominając, że w katastrofie nie zginęli przecież wyłącznie "PiSiory", ale przedstawiciele wszystkich partii politycznych.

W ostatnich wyborach głosowałam na PiS i na Prezydenta Dudę. Niewątpliwie Jarosław Kaczyński zafiksował się na punkcie śmierci brata i zrobił z niej swoją osobistą krucjatę. Na zasadzie wahadła przeciwnicy poszli w drugą skrajność - w kpinę i brak szacunku. Prezydent Lech Kaczyński nie był osobą popularną i raczej nie miał szans na reelekcję, jednak reprezentował polski naród. Był naszym najwyższym przedstawicielem, został wybrany w demokratycznych wyborach i z tego względu, niezależnie od naszych poglądów politycznych, czy osobistego zdania, zobowiązani jesteśmy do szacunku. Zginął Prezydent Rzeczypospolitej. Zginęli ludzie. I to wielcy ludzie. Wątek smoleński na pewno jeszcze długo będzie wzbudzał emocje, ale dziś powinna to być tylko i wyłącznie głęboka zaduma.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

50 jest w porządku


Tytuł mógłby sugerować, że będzie o wieku ..średnim, dziś jednak pojawi się wątek drogowy. Prawo Jazdy posiadam już od ponad 4 lat. Z początku prowadzić dane mi było tylko wtedy, kiedy mój mąż (wtedy jeszcze nie-mąż) użyczył mi swego pojazdu. Ma się rozumieć, sam zasiadał obok. Za kierownicą bynajmniej nie czułam się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Powiem więcej - byłam przerażona! Wiedziałam jednak, że to z czasem minie. Muszę po prostu nabyć doświadczenia. 

Sprawy trochę się skomplikowały, kiedy autko - na skutek podeszłego już wieku - dokonało żywota swego. Z pomocą przyszedł mi służbowy samochód (wtedy już) męża. Oczywiście nie mógł mi tak po prostu go pożyczać - to byłoby nielegalne - jednak co i rusz przesiadał się na miejsce pasażera, co bym z obiegu nie wypadła zbytnio. Sporo na tym zyskałam - miałam nawet okazję prowadzić "dostawczaka"! W końcu w naszym domu pojawiły się własne 4 kółka, tym samym nareszcie zaczęłam jeździć sama. Szybko nabrałam pewności siebie, tracąc niestety aż nadto na pokorze. Wprawdzie piratem drogowym nazwać mnie nie było można, bo do 100 km/h nigdy w terenie zabudowanym nie doszłam, ale od przepisowego 50 zdecydowanie bliższe było mi 70!

Co niesie ze sobą ta - zdawać by się mogło - subtelna różnica?

Przeciętna reakcja kierowcy na pojawienie się przeszkody przed jego autem i rozpoczęcie hamowania to 0,8-1 sekundy. Jeśli doliczymy do tego czas na zadziałanie układu hamulcowego wyjdzie nam 1,1-1,4 sekundy. W tym momencie samochód przejedzie odpowiednio dystans:

przy 30 km/h - 10,8-11,7 m,
przy 50 km/h - 15,3-19,4 m,
przy 70 km/h - 21,4-27,2 m,
przy 90 km/h - 27,5-35 m,
przy 110 km/h - 33,6-42,8 m.

Czas reakcji kierowcy wydłuży się, gdy ten jest zmęczony albo rozproszony. Z kolei sama droga hamowania samochodu osobowego na suchym i równym asfalcie to:

przy 30 km/h - ok. 5 m,
przy 50 km/h - ok. 13 m,
przy 70 km/h - ok. 25 m,
przy 90 km/h - ok. 42 m,
przy 110 km/h - ok. 62 m.

Zatem przy prędkości 50 km/h droga zatrzymania wyniesie ok. 32 m, natomiast przy 70 km/h będzie to już ok. 52 m.* Gdzieś pomiędzy mamy 60 km/h, czyli słynne "tylko trochę szybciej", nie narażające nas nawet specjalnie na mandat. 

To daje do myślenia. W internecie krąży film, na którym mały chłopiec na hulajnodze wyjeżdża wprost pod samochód (https://www.youtube.com/watch?v=T9ehcEyd1bU). Na szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż kierowca jechał przepisowo. Pojawiły się oczywiście wpisy, że gdyby chłopiec ucierpiał, byłaby to przede wszystkim wina nieuważnej matki. Powstrzymam się od reakcji na ten komentarz. Nikt nie może czuć się zwolniony z konieczności posiadania wyobraźni - ani matki, ani bezdzietni kierowcy.

Czy jadąc "tylko trochę szybciej" nie byłam świadoma powyższego? Ależ oczywiście, że byłam! Co takiego zatem się stało, że zwolniłam? Razu pewnego przyszło mi podróżować w wielkim deszczu. Polskie drogi do równych nie należą, toteż woda zalegająca w ulicznych dziurach bez przerwy zalewała mi szybę. Wycieraczki nie nadążały. Musiałam zwolnić. Po przybyciu na miejsce zdałam sobie sprawę z tego, że przejazd nie zajął mi więcej czasu, niż zwykle. Jechałam ze stałą prędkością, bez szarpania, bez nadmiernego rozpędzania, by po chwili stanąć na światłach. To było pierwsze uświadomienie sobie, że szybsza jazda w terenie zabudowanym niekoniecznie skutkuje szybszym przemieszczaniem się.

Niedługo potem w moim samochodzie zaczęły szwankować łożyska. Zbliżając się do 60 km/h samochód huczał tak niemiłosiernie, że najbardziej niecierpliwy puściłby nogę z gazu. Po niedługim czasie przyszło olśnienie - płynna jazda jest super! Mam wszystko pod kontrolą i nic mnie zbytnio nie zaskoczy. Stałam się o wiele spokojniejszym kierowcą i przestałam w duchu przeklinać innych uczestników ruchu. 

W moim mieście jest pewna kręta droga wiodąca przez las. Z powodu licznych i ostrych zakrętów dozwolona tam prędkość wynosi 40 km/h, a wyprzedzanie zabronione jest niemal na całym odcinku. A jednak ostatnio miał tam miejsce śmiertelny wypadek. Kierowca wypadł z zakrętu. Warunki atmosferyczne były korzystne. Najpewniej przyczyną była nadmierna prędkość. Nie raz doświadczyłam tam brawury innych kierowców, np. wyprzedzanie długiego, przegubowego autobusu na podwójnej ciągłej...

Tymczasem warto docenić, że w ogóle tyłek można wieźć i nie wybrzydzać zbytnio - życie zbyt krótkie jest, by się tak wszędzie śpieszyć!





__________________________________________________________

niedziela, 3 kwietnia 2016

Kolejowe sentymenty


Jako że mój samochód wymagał niewielkiej naprawy, do centrum udałam się koleją miejską. Gdy tak stałam na peronie, na torze pojawił się pociąg towarowy. Mimowolnie zaczęłam liczyć wagony. Uśmiechnęłam się w duchu i wspomnienia z dzieciństwa wróciły jak żywe.

Mój nieżyjący od 19 lat tata pracował na kolei. Ponieważ zajmował wysokie rangą stanowisko, całej naszej rodzinie przysługiwały darmowe przejazdy I klasą! Utarło się, że latem tata zabierał mnie w swoje rodzinne strony na krańcach wschodnich, mama zaś zostawała z dwójką mojego rodzeństwa w domu.

Tata był typem człowieka nie odkładającego spraw na później. Skoro czekała nas długa podróż, wyruszyć należało skoro świt! Pobudka o 5 nie stanowiła dla mnie - na ogół śpiocha - problemu, gdyż z ekscytacji i tak nie mogłam zasnąć. W drodze nieodłącznie towarzyszył nam brukowiec i obowiązkowo gorzka czekolada! Tata potrafił dobijać się o "swoje", co niekiedy budziło grozę. Gdy ekspres podjeżdżał na stacje, łapał za klamkę i biegł razem z maszyną (wciąż w ruchu!) aż do wyhamowania. Niczym dzisiejsze moherowe berety pędził na łowy, w poszukiwaniu idealnego miejsca dla nas. Był to najbardziej stresujący moment. Ledwo za nim nadążałam, drżąc najpierw, czy nie wpadnie pod pociąg, a potem, czy go nie zgubię. Do dziś nie rozumiem tej gorączki, zwłaszcza, że pierwszą klasą podróżowało niewielu ludzi i przeważnie mieliśmy dla siebie cały przedział. Tak czy siak w jakimś stopniu przejęłam od niego tę zawziętość.

Pierwszą przesiadkę mieliśmy w Warszawie. Na kolejny pociąg trzeba było czekać aż 2 godziny. W dobie smartfonów - do przeżycia, ale wtedy? Okazuje się, że też. Ludzie chyba byli bardziej cierpliwi. Podróż miała swoje prawa i nikt z tym nie dyskutował. Tata kupował szneka i spokojnie siedział na ławeczce. Ja również się nie nudziłam. Ba! Miałam frajdę na miarę wesołego miasteczka, bowiem przez 2 godziny jeździłam w górę i w dół ruchomymi schodami. Urządzenia tego typu mamy dziś niemal w każdym centrum handlowym i na każdym większym dworcu. Wszelako w tamtym czasie była to atrakcja jedynie na miarę Warszawy. Czas szybko mijał i zanim się obejrzeliśmy siedzieliśmy już w kolejnym pociągu.


W Ciechanowcu (nie mylić z Ciechanowem!) zmienialiśmy środek lokomocji na PKS. W mojej głowie nie utkwiły żadne przejmujące sceny walki. Z drugiej strony prawie zawsze siedzieliśmy na pierwszych miejscach, zatem i tu tata musiał wykazać się siłą przebicia. Jazda autokarem nie "kręciła" mnie tak, jak podróż pociągiem, toteż z radością witałam nasz kolejny przystanek - Perlejewo. Był to półmetek naszej długiej drogi. Do celu pozostało zaledwie 7 km, byliśmy jednak zbyt zmęczeni, żeby iść taki kawał z bagażami. Na kolejny PKS, który wiózł nas niespełna 10 minut, przyszło nam nie raz czekać dobrą godzinę. Na szczęście sklep spożywczy był dobrze zaopatrzony w lody. W Twarogach - Trąbnicy żegnaliśmy cywilizację i ostatnie 2 km przebywaliśmy polną drogą prosto do Miodus - Inochów.


Tutaj życie toczyło się zupełnie innym trybem. Każdego ranka budziły mnie odgłosy z pobliskiej mleczarni. Domownicy ruszali w pole, do obiadu byłam więc zdana na siebie. Tata własnoręcznie zorganizował mi kącik do gry w kosza. Niefortunnie jedyna dostępna piłka przeznaczona była do gry w siatkę, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Podjęłam oczywiście kilka prób pomocy w zbiorach, niestety wychodziło mi jedynie zbieranie prosto do buzi. Wszystko co ponad, było zbyt męczące dla miejskiej księżniczki. Aczkolwiek jedno szło mi dobrze - przyprowadzanie krów z pola na wieczorne dojenie. Właściwie wystarczyło tylko odczepić haki. Bydło samo świetnie znało drogę do domu. Tam tata - wychowany przecież na wsi - doił krówki, ja zaś ciepłym mleczkiem karmiłam kotki ...i siebie! Czułam się bezpiecznie i - mimo braku kanalizacji oraz sklepu spożywczego (ten bowiem nawiedzał wioskę dwa razy w tygodniu) - było mi tam cudownie. Tym niemniej z wielką radością wracałam do cywilizacji.

Jeszcze za życia taty rodzina z Miodus przeniosła się do Stanów Zjednoczonych, zaś po jego śmierci skończyły się dobre czasy i bezpłatne bilety kolejowe. Na horyzoncie pojawiło się jednak nowe miejsce, które co roku zaczęłam odwiedzać - Poznań. Mieszkała tam moja "stara ciotka". Kobieta bezdzietna i samotna, zgorzkniała i upierdliwa do granic możliwości. Aliści w głębi duszy miała dobre serce i tak bardzo pragnęła towarzystwa, że gotowa była opłacić podróż w obie strony każdemu, kto tylko zechce ją odwiedzić. Korzystałam z tej możliwości bodajże jako jedyna. Nikt inny nie byłby w stanie zdzierżyć humorów cioci Ziuty, choćby tylko przez tydzień. Ciocia oczywiście starała się zapewnić mi codzienne urozmaicenia w postaci najróżniejszych wypadów. Jednak największą atrakcją tej wycieczki była dla mnie jazda pociągiem ...zwłaszcza z powrotem do domu! 

Pół roku temu odeszła i ciocia Ziuta. A jednak nie odejdą w niepamięć moje sentymentalne podróże. Ostatnią - do Miodus - odbyłam ...w internecie. Umożliwiła mi to satelitarna mapa Polski Google Maps. Nie sądziłam, że będzie mi dane zobaczyć ten domek z tak bliska. Zdjęcia są z 2014 roku. Przez 20 lat nic się tam nie zmieniło!

Miodusy Inochy leżą w województwie podlaskim, w powiecie siemiatyckim, w gminie Perlejewo. Wieś została założona w wieku XV. Jak podają źródła pod koniec XIX wieku liczyła 15 domów i 81 mieszkańców (40 mężczyzn i 41 kobiet). Z kolei w roku 1921 w 25 domach żyło 108 mieszkańców, w tym 1 prawosławny i 9 żydów.

Miodusy Inochy z lotu ptaka:


Cel naszej podróży:


Jedyny nowy szczegół - znak przejścia dla pieszych:


Wejście na posesje; po lewej stronie kuchnia letnia:


Drogą po prawej stronie przyprowadzałam z pola krowy:


Pobliska mleczarnia:



Dom po przekątnej, zamieszkiwany był przez panią Mioduszewską, którą to odwiedzał o rok ode mnie młodszy wnuk - Marcin. Ma się rozumieć, dywagacje na temat naszego przyszłego małżeństwa nie miały końca!
Co się stało z owym Marcinem? Tego niestety nie wiem.
Jedno jest pewne - ożenek do skutku nie doszedł


Chciałabym kiedyś tam wrócić i zobaczyć to miejsce na żywo. Może udałoby się znaleźć kogoś, kto jeszcze pamięta Józefa z Gdańska, odwiedzającego państwa Niemyjskich z córką Basią...


sobota, 20 lutego 2016

Również i Ty mogłeś zostać "Bolkiem". Czarne i białe - a co z szarym?


Świat obiegła wieść o szafie Kiszczaka. Spekulacje na temat Wałęsy vel Bolka pojawiały się od dawna, teraz zaś zdały się potwierdzać. Wszystkich ogarnął szok i niedowierzanie na myśl o tym, że kluczowa postać Solidarności mogłaby współpracować z komunistycznymi władzami. Nie dysponuję odpowiednimi narzędziami, by weryfikować historię i tworzyć naukowe wywody. Post mój jest czysto hipotetyczny i wypływa z emocji, które mną targają. Dociekanie prawdy i ustalanie faktów zostawiam służbom i jednostkom do tego przeszkolonym. Chciałabym jedynie nakreślić pewien obraz psychologiczny.

Cierpienie oraz śmierć w obronie idei i przekonań największe znaczenie zyskało w wymiarze religijnym. Męczennik, jako najwierniejszy świadek głoszonych przekonań, to filar i wzór do naśladowania. Czy heroizm przeznaczony jest wyłącznie dla bohaterów o wyjątkowej świadomości, czy też stanowi moralny obowiązek każdego człowieka? Kościół katolicki opowiada się wprost za moralną powinnością. Błogosławiony Papież Jan Paweł II, w swojej Encyklice Veritatos Splendor, nie zachęca do męstwa w imię wiary, lecz wskazuje, że miłość Boża każe przestrzegać Przykazań Bożych i nie pozwala ich łamać, nawet dla ratowania własnego życia.

Jakiś czas temu natknęłam się na artukuł o pastorze zamieszkującym bodajże Syrię (celowo nie zadaję sobie trudu przypomnienia szczegółów, gdyż o tych chciałabym raczej jak najszybciej zapomnieć), który nie chciał wyrzec się swojej wiary. Oprawcy ukrzyżowali więc jego dziesięcioletniego syna...  Czy Kościół ogłosi teraz świętym owego chłopca? Sądzę, że jedyną wolą tego dziecka w katuszach było pragnienie, by tatuś go uratował. To może tatusia kanonizujmy za zachowanie zimnej krwi? W końcu poświęcił syna niczym biblijny Abraham Izaaka! Zatrzymajmy się chwilę przy tym ostatnim. Czy aby na pewno głos rozkazujący złożenie w ofierze zamordowanie własnego, tak długo wyczekiwanego syna, z nieba pochodził? Śmiem twierdzić za pewnym księdzem (który - nota bene - mury zakonne opuścił), że Bóg odezwał się "w samą porę", by Abrahama od przerażającego czynu powstrzymać.

Wszelako jeśli postawa Abrahama i pastora godna jest pochwały, to przyznam za Sorenem Kierkegaardem: Nie mogę uczynić wysiłku wiary, nie mogę zamknąć oczu i rzucić się z ufnością w otchłań absurdu, jest to dla mnie niemożliwe (...). W świecie doczesnym Bóg i ja nie możemy jednak rozmawiać, nie mamy wspólnego języka.*

Wracając do szafy Kiszczaka. Przeanalizujmy sytuację, w której Lech Wałęsa rzeczywiście współpracował ze Służbami Bezpieczeństwa. Być może wizja zmian zaczęła się już rodzić w jego głowie. Co zatem robić? Dać się zabić dla sprawy, czy też przeczekać, podpisując lojalkę - by w stosownym momencie, gdy idea wolności będzie silniejsza, zrealizować jej postulaty? Pamiętajmy, że na szali stało nie tylko własne jego życie. W owym czasie był już mężem i ojcem. Czemu przeto nie próbuje się wytłumaczyć? ..Bo zrozumienia nie znajdzie. Dla świata wszystko jest białe lub czarne. Nie współpracował - dobry, współpracował - zły, okoliczności - bez znaczenia. 

Raz jeszcze podkreślam, że spekulacje moje nie są podparte żadnymi badaniami historycznymi! Próbuję zrozumieć i nie potępiać. Chęć przetrwania i afirmacja życia jest czymś naturalnym i właściwym dla istoty ludzkiej. Nie umniejszam jednak roli tych, którzy swoje życie poświęcili dla Ojczyzny. Wręcz przeciwnie - to dzięki nim mogę żyć w wolnej Polsce. Kładę zatem akcent na wyjątkowość ich czynu właśnie dlatego, że nie każdy byłby w stanie dokonać takiej ofiary. Jakkolwiek nie potępiam tych, którzy nie potrafili wyrzec się swojego życia dla innych. To, co Lech Wałęsa zrobił dla naszej wolności stanowi niezaprzeczalną wartość i za to go szanuję.
...Lecz kto jest bez grzechu niech pierwszy rzuci kamień...





__________________________________________
*S. Kierkegaard, Bojaźń i drżenie