sobota, 24 listopada 2018

Znieczulica społeczna choroba uleczalną czy postępującą?


W miniony poniedziałek, w pociągu trójmiejskich Kolei Regionalnych, doszło do brutalnego i tragicznego w swych skutkach zdarzenia. Na odcinku Sopot-Gdynia 59-letni mężczyzna miał zwrócić uwagę 31-letniemu współpasażerowi, że ten zbyt głośno rozmawia przez telefon. Sprzeczka skończyła się napaścią upomnianego. Był środek dnia, kolejką podróżowało całkiem sporo osób, jednak gdy doszło do szamotaniny, tłum zaczął gremialnie uciekać. Po chwili w przedziale znajdował się już tylko awanturnik i poszkodowany. Zainteresowany zamieszaniem pan Bartosz odwrócił się, a ujrzawszy jawną przemoc wobec człowieka, jako jedyny (!) próbował interweniować. Najpierw zwrócił się do napastnika, by ten puścił swoją ofiarę, lecz gdy usłyszał stanowcze "wypierdalaj", wycofał się w poszukiwaniu pomocy. Wiedział bowiem, że w pojedynkę nie obezwładni agresora. W tym czasie krzywdzony był jeszcze przytomny i prosił swojego oprawcę, by ten przestał go bić, bo ma już dość. Niestety chętnych do pomocy nie było. Większość już dawno się ulotniła, a pozostali mężczyźni udawali, że nie słyszą jego próśb. Zwyczajnie odwracali głowy i nie reagowali. Niedługo potem pojawił się Kierownik Pociągu, a następnie Straż Ochrony Kolei i Policja. Nawet wobec interwencji odpowiednich służb, brutal nie przestawał okładać nieprzytomnego już mężczyzny, który wyniku obrażeń następnego dnia zmarł.

I tu pojawia się pytanie - gdzie byli pozostali pasażerowie? Rozumiem, że każdy z nich mógł się obawiać o własne bezpieczeństwo. Nie było jednak konieczności, by stawać solo z  będącym w amoku sprawcą. Pan Bartosz również nie zdecydował się na samotną interwencję, lecz próbował zorganizować grupkę mężczyzn. Tyle że Ci odwracali wzrok i udawali, że go nie słyszą. Nie wiadomo czy reakcja dodatkowych osób spowodowałaby opamiętanie, lecz być może udałoby się w porę obezwładnić prowodyra, a zaatakowany mężczyzna - mimo obrażeń - dzisiaj by żył. Całość wywiadu z panem Bartoszem znajdziecie tutaj.

Znieczulica społeczna to znak naszych czasów. Udajemy, że nic się nie dzieje, że nic nie widzimy, a gdy już nie da się udawać, mówimy: "Dlaczego ja? Niech inni coś zrobią!" Beznamiętność i brak wrażliwości na krzywdę drugiego człowieka powoli staje się normą społeczną. Solidarność międzyludzka odeszła gdzieś w niepamięć. Tłumaczymy się strachem, lecz de facto, gdy nic nam nie grozi, również pozostajemy bierni. Z jednej strony nigdy wcześniej nie byliśmy atakowani tyloma bodźcami z zewnątrz, a z drugiej, nigdy wcześniej nie było nam tak łatwo uciec od tego, co przez nas niepożądane - laptopy, komórki, słuchawki na uszach i kaptury na głowach. Leżącego co najwyżej ominiemy lub się o niego lekko potkniemy. Czy należy się temu dziwić? Przyjrzyjmy się edukacji. Dziś liczą się tylko cele, przedsiębiorczość, indywidualizm i w takim duchu wychowywane jest nowe pokolenie. 

Kiedy mój brat był nastolatkiem, jego długie włosy często wzbudzały agresję u przedstawicieli subkultury skinheadów. Pewnego dnia, gdy podróżował koleją, zaczepiła go grupka "łysych". Postanowili wyrzucić go z pociągu. Zdrowie, a może nawet życie, uratowała mu wtedy starsza pani, która oburzona zaczęła krzyczeć, by zostawili go w spokoju. Zaprotestowała tonem tak zdecydowanym i nieznoszącym sprzeciwu, że oprawcy odeszli jak niepyszni. Rzecz jasna mogli wypchnąć na zewnątrz i ją i mojego brata, sądzę jednak, że w tamtym momencie wybawicielka nie kalkulowała niczego. To był odruch, spontaniczna reakcja. 

Wróćmy do poniedziałkowego zdarzenia. Zgodnie z art. 162 § 1 k.k., kto człowiekowi znajdującemu się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu nie udziela pomocy, mogąc jej udzielić bez narażenia siebie lub innej osoby na niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3. Oczywiście w tym przypadku nikt nie mógł mieć pewności, że pomagając bitemu, sam nie dostałby w zęby, toteż wobec prawa jest kryty. Wobec prawa karnego, jasna rzecz. A co z prawem naturalnym - tym zapisanym przez Stwórcę w sercu każdego człowieka? 

Pojawiły się również pojedyncze głosy, jakoby ewentualna reakcja niosła za sobą ryzyko późniejszych kłopotów z prawem. Zgodnie z art. 25 § 1. Nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem. § 2. W razie przekroczenia granic obrony koniecznej, w szczególności gdy sprawca zastosował sposób obrony niewspółmierny do niebezpieczeństwa zamachu, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia. § 3. Nie podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej pod wpływem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu. Teoretycznie powinno nas to uspokoić, lecz prawda jest taka, że nie brak absurdalnych wyroków, gdzie za kratki trafia ten, który de facto heroicznie rzuca się na pomoc. Mimo tego zaryzykuję stwierdzenie, iż wcale nie to było głównym motywem dezercji potencjalnych bohaterów.

Spróbujmy spojrzeć na tę sytuacje z różnej perspektywy. Wszak nie bez powodu mówi się, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ów epizod wygląda zupełnie inaczej, gdy przemoc stosowana jest wobec nieznanej nam osoby. Lecz wystarczy, że okładany jest nasz ojciec, dziadek, mąż, syn itd., a już bierność społeczna nie mieści się w granicach naszego pojmowania sprawiedliwości. I jeśli o pomoc proszony jest ktoś obcy, burzymy się jego pasywnością, lecz gdy do naszych serc kołaczą, udajemy, że nie słyszymy i nie widzimy. Dlaczego praworządność i przyzwoitość  nie są wartościami obiektywnymi? Nigdy nie znalazłam się w podobnej sytuacji i mogę tylko "gdybać" na temat tego, jak sama bym postąpiła. Sądzę jednak, że nie zatkałabym uszu słuchawkami i nie naciągnęła czapki na oczy. To po prostu nie leży w mojej naturze. Sprawa ta poruszyła mnie do głębi właśnie przez swoją absurdalność. Ten człowiek mógł żyć... Czy znieczulica społeczna jest chorobą uleczalną? ...Czy raczej postępującą? To pytanie, jak wiele innych, pozostanie zapewne bez odpowiedzi. Z nadzieją na to, że nie wszystko jeszcze stracone, że są na tym świecie miłosierni Samarytanie, zakończę głębokimi słowami wielkiego Jana Pawła II z książki Wstańcie, chodźmy!

Musicie od siebie wymagać, nawet gdyby inni od was nie wymagali. (...) Każdy z was znajduje też w życiu jakieś swoje Westerplatte. Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie - jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić - dla siebie i dla innych.






czwartek, 2 sierpnia 2018

Kobiety kobietom zgotowały ten los


Przedostatni post, traktujący o modelach kobiecości na przestrzeni wieków, wzbudził wśród moich koleżanek żywą dyskusję. Można powiedzieć, że trafił  w czułe żeńskie struny. Temat piękna i jego standardów bez wątpienia należy do emocjonujących, choćby dlatego, że dotyczy każdej z nas. Której z kobiet nie zależy na byciu odbieraną jako atrakcyjną?  Z pewnością znajdą się takie, którym zależy  bardziej i o wiele więcej dla owego celu poświęcą, jak i takie, które - dla poklasku płci przeciwnej - przysłowiowych włosów z głowy rwać nie będą. Jednak nie wierzę, by komuś zupełnie obojętny był wygląd i postrzeganie swojej osoby przez innych. Możemy mieć różne hierarchie wartości, stąd jedna postawi na seksapil, inna na styl i klasę, a jeszcze inna na intelekt, ale każda z nas w jakiś sposób chce być interesująca. Problem pojawia się wtedy, kiedy w kwestii owej siły przyciągania stajemy ze sobą w konkury. Jeżeli jedna dla efektu odsłoni trochę ciała, to druga odkryje więcej. Ponieważ z gołym biustem po ulicy (jeszcze) paradować nie wolno, następna pójdzie nie w ilość, ale w jakość. Tak własnie rozpoczęła się era wypełnionych silikonem staników. Ups.. Sztuczna pierś przecież go nie potrzebuje. I bez niego sterczy jak nadęty balon, tudzież piłka do koszykówki. Nigdy nie zmienia kształtu i jest twardy jak biceps Pudziana. Po prostu nie do zdarcia! Kobieta obdarzona naturalnym dużym biustem nie może sobie pozwolić na luksus chodzenia bez stanika. Powiedzmy też otwarcie - jeśli widzimy filigranową pannę, o ciele tancerki, z biustem gwiazdy porno, to prawdopodobnie jest on podrobiony. Oczywiście w przyrodzie zdarzają się i takie przypadki, ale są niezwykle rzadkie. Problem w tym, że świat lansuje nam takie parametry jako normę, wpędzając w kompleksy damskie gremium. Jednak zapewniam Was, drogie Koleżanki, że większość mężczyzn woli się przytulić do małej, lecz ciepłej i poddającej się dłoni piersi, niż do zimnego, twardego balona... Osobiście jestem posiadaczką piersi skromnych rozmiarów i chętnie "przyjęłabym" jeden numer więcej, jednak nie za cenę sztuczności! Skoro tak mnie natura uposażyła, taką się będę  światu prezentować. Skądinąd akceptacja tegoż wcale nie jest łatwa. Zewsząd otaczają mnie "ideały" z perfekcyjnymi sylwetkami. Trudno się od tego zdystansować. Tę, swego rodzaju walkę o siebie i SWOJĄ kobiecość, prawdopodobnie przyjdzie mi toczyć do końca życia. 

Jako nastolatka byłam szczupłą dziewczyną, a mimo to, wskutek narzucanych zewsząd młodemu umysłowi wizji "wieszaków" z wybiegów, wciąż wydawało mi się, że jestem za gruba. Zaczęłam się odchudzać. W krótkim czasie moja sylwetka stała się podobna do tych z Oświęcimia. Pamiętam, jak przeglądałam książki kucharskie, sycąc się jeno widokiem potraw lub ich aromatem. Wąchałam namiętnie chleb, lecz go nie kosztowałam. Mój zaledwie epizod anorektyczny trwał niespełna trzy miesiące, za to leczenie zaburzeń jedzenia trwało kilka lat. W pewnym sensie anorektykiem - jak alkoholikiem - zostaje się na zawsze. Unikam wszelkiego rodzaju detoksów i postów, by nie wybić się z uregulowanego rytmu żywienia w obawie, że mogłabym znowu stracić nad nim kontrolę. Do dziś, na stresujące sytuacje, reaguję w jedyny znany mi sposób - niejedzeniem. Tyle, że dziś potrafię rozpoznać ten mechanizm i z nim walczyć. Anoreksja, to coś więcej niż przejście na dietę odchudzającą. To ogromne zaburzenie poczucia własnej wartości sprawiające, że człowiek ma kompletnie zniekształcony obraz siebie. 


Doskonałość tak samo nie jest nam dostępna jak nieskończoność (A. Musset). Tylko akceptując tę prawdę, będziemy w stanie odkryć i pokochać w sobie naturalne piękno. Próby zakłamania rzeczywistości przez kolejne chirurgiczne ingerencje w nasze ciało nie spowodują, że osiągniemy stan zadowolenia z siebie. Skąd to wiem? Wystarczy spojrzeć na kobiety, które wkroczyły na ową drogę. Większość z nich wpadła w pułapkę niekończących się zabiegów, doprowadzając się niejednokrotnie do karykaturalnego stanu. Kolejne próby "ulepszenia" nie przynoszą pożądanego efektu i raczej nigdy go nam nie przyniosą. Jeśli nie poczujesz się piękna od wewnątrz, żadna operacja Ci tego nie zrekompensuje. Problemów z poczuciem własnej wartości i atrakcyjności nie wyleczy chirurg plastyczny. Każdą dziewczynę, która planuje pójść pod skalpel, wysłałabym najpierw na psychoterapię. 


Bolączką współczesnego świata jest negacja naturalnych procesów, jakim jest choćby starzenie. Chirurgia plastyczna, to ważna dziedzina medycyny estetycznej. Z założenia miała jednak pomagać ludziom zniekształconym przez choroby, czy nieszczęśliwe wypadki. Skądinąd pieniądz zrobił swoje. Poprawiamy to, co niekoniecznie poprawy wymaga. W niektórych przypadkach zastanawia mnie, czy to poprawa czy wręcz pogorszenie. A co jeśli któregoś dnia stanie przed kamerą kolejna "gwiazdka" i ogłosi, że idealna dłoń powinna mieć 4 palce? Popędzimy jak "jeden mąż" na amputację, byleby wpisać się w nowy trend? Celowo przytaczam jako wzór kalectwo, bo czyż wycinanie sobie żeber dla węższej talii takowym  nie jest?

Presja ideału i perfekcji wywierana jest również na mężczyzn, panowie zdają się być jednak bardziej odporni. Z czego to wynika? Z większej pewności siebie i braku kompleksów. My kobiety chyba bardziej cierpimy na te przypadłości. Setki lat życia w świadomości, że jest się mniej wartościowym członkiem społeczeństwa, że kobiecie "nie wypada" wykonywać danego zawodu, że ostatecznie o wszystkim decyduje jej mąż - zrobiły swoje Przez wieki kobietom nie wolno było samym o sobie decydować. Były bezgranicznie podporządkowane mężczyznom. W końcu przyszedł czas wyzwolenia, jednak skutki długotrwałego odbierania im pewności siebie długo jeszcze będą dawały o sobie znać. Zaryzykuję tu porównanie do zwierząt cyrkowych. Gdy jeszcze są małe, przykuwa się je łańcuchem, aby nie uciekły. Po pewnym czasie okowy można ściągnąć - zwierze i tak nigdzie nie pójdzie. Nie mam jednak zamiaru wieszać przysłowiowych psów na mężczyznach. Ich świadomość mocno się zmieniła. To my kobiety same zakładamy sobie kajdany perfekcji! Prześcigamy się, która będzie szczuplejsza, choć jestem przekonana, że większość mężczyzn woli zdrową dziewczynę miast "kija od szczotki". 


To my uświadamiamy mężczyznom, że możemy się jeszcze bardziej nagiąć i cierpieć dla bycia seksowną. Prosty przykład - wysokie obcasy. Powstały około 1500 roku, lecz - bynajmniej - nie dla dodania sobie wzrostu. Ich przeznaczeniem było dobre trzymanie męskiej nogi w strzemionach podczas jazdy konnej. Z czasem, za pomocą wysokich obcasów, zaczęto podkreślać swój pokaźny status majątkowy oraz standard życia. W ten sposób obcasy stały się częścią (wyłącznie męskiej!) mody. Pierwszą kobietą, która założyła takie buty, była 14-letnia Katarzyna Medycejska podczas ślubu z księciem Orleanu. W ten oto sposób stały się one dostępne dla kobiet. Przechodziły różne transformacje i miały różne formy. Niejednokrotnie chodzenie w nich sprawiało wiele trudności - rzecz jasna kobietom, bo mężczyźni nie tacy głupi i dawno porzucili to niewygodne i niefizjologiczne obuwie. Niewątpliwie, zakładając szpilki, stajemy się seksowniejsze - nogi wydaja się dłuższe, sylwetka smuklejsza, no i to ponętne kołysanie biodrami! Szpilki bez dwóch zdań dodają szyku. Lecz za jaka cenę... Ból stóp, osłabienie mięśni łydek i ścięgna Achillesa, halluksy... Mężczyźni, to wzrokowcy. Skoro pokazałyśmy im jakie możemy być powabne w butach na obcasach, nie wyobrażają już sobie nas bez nich. Jestem jednak przekonana, że - gdybyśmy ciągle im tego nie uświadamiały - oni nigdy nie wpadliby na to, by oczekiwać od nas czegoś, co sami dawno - z rozsądku - porzucili. 


Oczywiście wszystko, co tu piszę, jest tylko i wyłącznie moją prywatną opinią, nie popartą żadnymi ankietami, czy innymi badaniami. Ot czysto hipotetyczne przemyślenia kobiety próbującej wziąć byka, jakim są wieczne kompleksy, za rogi. 


Mimo pozorów w postaci przebojowego charakteru, jestem mocno zakompleksioną osobą, dlatego też moja bliska koleżanka - fotograf wpadła na pomysł zrobienia mi specjalnej sesji. Choć zdjęcia eksponują stronę cielesną, chciałabym, by ewentualny odbiorca spróbował dojrzeć w nich również moją osobowość. Prawdziwe piękno kryje się bowiem wewnątrz człowieka, nie mam co do tego żadnych wątpliwości! Nie lubię zwracać na siebie uwagi, chyba że intelektualnie, a już na pewno nie chciałabym, by mężczyźni "ślinili się" na mój widok. Dlatego też w swojej kobiecości staram się być atrakcyjna i jednocześnie tajemnicza. Nigdy zaś nachalna ani, tym bardziej, ostentacyjnie wulgarna. Kluczem do zachwytu jest bowiem oczarowanie tajemnicą. Z pewnością zdjęcia przepełnione są erotyzmem, nie chodziło mi jednak o to, by wywoływać niezamierzone emocje. Uważny obserwator, patrząc na te zdjęcia, ujrzy - mam nadzieję - przede wszystkim moją kobiecą wrażliwość; prawdziwą mnie - czystą i namiętną, bezbronną i silną zarazem. Nie zamierzam prezentować tu całej sesji, na którą w przeważającej większości składają się śmielsze fotografie, przeznaczone tylko dla wybranych oczu. Zatem tylko kilka:












Wśród zdjęć znalazło się jedno, trochę inne niż pozostałe, bo nad wyraz zwyczajne (umieściłam je również we wzmiankowanym na początku poście, do którego przeczytania gorąco zachęcam). Te wcześniejsze miały na celu podkreślenie mojej kobiecości. Nie posiadam figury gwiazdy z filmów porno. Moja sylwetka, to idealna kobieta rodem z Antyku, czyli małe piersi i minimalne wcięcie w talii - klasyczna prosta kolumna. Sesja u koleżanki miała wyeksponować moją kobiecość i rzeczywiście - jeśli stanęłam w odpowiedniej pozycji, można było zobaczyć moje delikatne krągłości. Zdjęcie, o którym mówię, pokazuje 100% naturalnej mnie.





Z początku nie za bardzo je lubiłam, bo wciąż nie jestem wolna od kompleksów, a sztucznie nadmuchane lalki tworzą wzorce, którym ciężko sprostać bez ingerencji chirurgicznej. Postanowiłam jednak wypowiedzieć wojnę moim kompleksom i porównywaniu się z innymi, bo jest to po prostu destrukcyjne. Z racji mojej chudości sukienka na mnie wisi, z dekoltu zaś nie wyskakują piłki do koszykówki. Bioder też specjalnie nie widać. Nigdy nie powiedziałabym, że mam wąskie usta, lecz wobec co drugiej kobiety z wstrzykniętym kwasem hialuronowym lub innym specyfikiem, moje są nad wyraz przeciętne. Ale to jestem właśnie JA i dochodzę do wniosku, że w tym cały mój urok - w małych piersiach, skromnych rzęsach, przeciętnych, lecz moich własnych ustach, po prostu w mojej autentyczności. Z pewnością nie brak kobiet, które natura obdarzyła szczodrzej niż mnie, ale ostatecznie mówię sobie TAK. Zaczynam się akceptować, a może nawet kochać, choć zdaję sobie sprawę, że jest to początek długotrwałego procesu, który dopiero się zaczął. Prawdopodobnie do końca życia przyjdzie mi się z czymś mierzyć, moje ciało będzie poddawać się upływowi czasu, co jest zupełnie naturalne, choć nie dla współczesnego świata, który starzeniu, zmarszczkom i obwisłościom mówi FE. Jeśli będę z czymś walczyć, to tylko z taką niszczącą człowieka filozofią.


__________________________________________
Fot. http://basiakramczynska.pl/
http://no-man.flog.pl/
https://www.facebook.com/Basia-Kramczy%C5%84ska-Fotografia-274772349221528/


piątek, 18 maja 2018

Pieniądze miarą spełnionego życia?


W ostatnim poście próbowałam zadać kłam destrukcyjnym standardom piękna. Temat zamierzam dalej rozwinąć i ostatecznie się z nim rozprawić w poście kolejnym - jest na warsztacie! Piszę go dla siebie, by zmierzyć się z własnymi mrokami, ale nie tylko. Wysoka, wręcz nieosiągalna poprzeczka, to problem wielu wspaniałych, lecz niedocenionych kobiet i również w ich imieniu chcę się wypowiedzieć. Póki co, jest jeszcze jeden ważny dla mnie temat, który potrzebuję przepracować. Temat pieniędzy i zamożności.

Nie jest dobrze, gdy człowiek musi wiecznie chodzić z nosem przy ziemi. Nieustanne troskanie się o chleb powszedni odciąga od spraw wzniosłych. Stąd tak wielu ludzi na skraju nędzy spada na dno, upadla się. Myślę jednak, że posiadanie wszystkiego pod dostatkiem, też może niekiedy psuć. Nie neguję wartości pieniądza! Dobrze mieć ich na tyle, by nie stracić poczucia bezpieczeństwa. I jak dla mnie, to w sam raz! Konieczność kalkulacji, analiza posiadanych środków i rozsądne nimi rozporządzanie tak, by na wszystko starczyło, niewątpliwie uczy szacunku do ludzkiej pracy i dóbr materialnych. Takiego dobrego szacunku. Gdy miałam 15 lat, mój tata zmarł na raka. Po jego śmierci nie było lekko, ale mama starała się nam zapewnić wszystko, co konieczne dla młodego człowieka - od książek do szkoły, przez kulturę, po modne ubrania - w stopniu takim, w jakim to było możliwe. Latem zabierała nas na koncerty organowe do Katedry Oliwskiej. Z czasem niestety bilety zrobiły się zbyt drogie.. Zanim poszłam do szkoły muzycznej, mama zapisała mnie do ogniska muzycznego. Pamiętam jak supłała każdy grosz, by zapłacić za moją edukację. Jednak wszystko, co otrzymałam - szanowałam. Dbałam o ubrania, o piórnik, o magnetofon, w końcu o komputer, gdy i ten - z dużym opóźnieniem - trafił do naszego domu. Miałam tylko jedną lalkę Barbie, której moja zazdrosna koleżanka (córka marynarza, z całą paletą lalek z Pewex-u) obcięła włosy. Musiałam stać się bardzo pomysłowa, by aranżować jej ciekawe kapelusze itd. ale styl i kreatywność pozostały mi na całe życie. Dzisiejsi rodzice, tak jak kiedyś moja mama, starają się zapewnić swoim dzieciom wszystko, gdzieś jednak chyba popełniają błąd. Telefon komórkowy w posiadaniu najmłodszych, to znak naszych czasów i wcale nie jestem temu przeciwna. Niemniej nie rozumiem, po co od razu najnowszy full wypas smartphone. To generuje wśród młodzieży postawę wybitnie roszczeniową.

Osiągnąć coś w życiu. Co to dziś znaczy? Intratne stanowisko, własne mieszkanie oraz inne dobra. Czy ja coś w życiu osiągnęłam? Zdaje się, że dla świata więcej byłabym warta oddając niepełnosprawne dziecko do zakładu i robiąc karierę zawodową. Każdy człowiek ma prawo myśleć o sobie, realizować siebie i swoje marzenia; tyle że czasem droga spełnienia siebie będzie inna, niż ta pierwotnie zaplanowana. Lata pracy i wyrzeczeń w zdobywaniu umiejętności muzycznych, i co? Choroba synka wywróciła moje życie do góry nogami. Nie porzuciłam jednak muzyki i swoich marzeń. Byłoby to zakopaniem biblijnego talentu. Śpiewam, gram, trochę uczę. Nie zbijam na tym kasy, robię to dla siebie, z serca. Nie chadzam do SPA i nie wyjeżdżam na zagraniczne wakacje, ale dbam o siebie, chodzę na spacery, doświadczam piękna świata, spotykam się z ludźmi, nie odmawiam sobie prawa do miłości i do życia... Każdy człowiek potrzebuje, by myśleć o sobie, by realizować siebie i swoje marzenia, tyle że czasem droga spełnienia siebie będzie inna niż ta planowana.

Mówię to ja, którą życie doświadczyło i wciąż doświadcza. Nie jestem marzącą idealistką, beztroskim, nieświadomym i chowanym pod kloszem człowiekiem. Jak każdy, noszę swój bagaż - wcale nie taki mały - lecz wiem, co ma w życiu prawdziwą wartość i będę o to walczyć.






czwartek, 3 maja 2018

Deprymujące standardy "piękna"


Na przestrzeni wieków ideał piękna nieustannie się zmieniał, a przedstawiane sylwetki, pod  jego dyktando, ulegały przeobrażeniom. W Starożytności dominowała smukła budowa, choć wcięcie w talii u kobiet nie było zbyt znaczące. Obwód  w biuście z kolei był nieco mniejszy niż obwód w biodrach, natomiast wyraźnie zarysowywano mięśnie. Średniowieczne niewiasty były niezwykle kruche i wątłe, jednak - mimo swej szczupłości - często miały wydatne brzuchy. Epoka odrodzenia przyniosła więcej indywidualności, zwłaszcza w rysach twarzy. Ponadto renesansowe kobiety, w przeciwieństwie do swoich  średniowiecznych koleżanek, częściej zaspokajały swoje żywnościowe potrzeby. Ich ramiona są już krąglejsze, a biodra rozłożystsze. Barokowy ideał, to przede wszystkim postacie zmysłowe i o bujnych kształtach, choć nie brak też kobiet drobno zbudowanych, np. u Caravaggia. Dzięki wymyślnym gorsetom, w wieku XIX-tym, ideałem stała się talia podkreślona i tak wąska, jak tylko się dało. Na początku wieku XX-ego wzorcowy kształt stanowiła typowa sylwetka klepsydry, choć kibić nie musiała być już tak cienka. W latach 20-tych ubiegłego wieku liczyły się kobiety z małym biustem i wąskie w pasie. Wszystko to w ramach buntu przeciwko kobiecości. Niedługo później kanon piękna ponownie uległ zmianie o wydatne piersi, delikatne krągłości i talię osy. Lata 60-te, to delikatny zwrot w stronę lat 20-tych. Chłopięce kształty stały się oznaką niezależności. Lata 70-te, to powrót do postury seksownej, choć nieco bardziej atletycznej. Lata 80-te, to szerokie ramiona oraz pierwsze sztuczne piersi. W końcu świat mody zdominowały postacie szczupłe, z minimalną ilością tkanki tłuszczowej, ale za to z pokaźnym biustem. Śmiało można powiedzieć, że w wieku XXI  dążenie do "idealnej" sylwetki stało się obsesją.

Ikony stylu możemy prześledzić również na przykładzie lalki Barbie, która także przeszła metamorfozę, by niezmiennie pozostać najpiękniejszą dla współczesnych dziewczynek. Jej oczy - kiedyś wąskie i przymknięte - dziś szeroko otwarte, zachwycają długimi rzęsami. Także brwi, z biegiem lat, stały się idealnie wystylizowane. Znak rozpoznawczy Barbie, to oczywiście wyraźnie zarysowana talia, sterczący biust i długie nogi. Mimo to, począwszy od lat 90-tych, sukcesywnie chudnie, wręcz nienaturalnie. Jej wymiary są nie tylko niezdrowe, lecz wprost nieosiągalne. Nieistniejąca doskonałość jest chuda, ładna i obowiązkowo zamożna. To wszystko nie pozostaje bez wpływu na społeczeństwo, zarówno to najmłodsze, jak i dorosłe.

Problem w tym, że Barbie, to nie tylko zabawka, lecz swego rodzaju inspiracja. Coraz częściej pojawiają się żywe lalki Barbie, usiłujące zakłamywać rzeczywistość. A przecież w naturze coś takiego po prostu nie występuje. Ideały piękna w przeszłości również nie były osiągalne dla każdej kobiety, choć niektóre miały to szczęście, że trafiły swoją sylwetką na właściwą epokę. Charakterystyczne jednak dla współczesnych czasów jest to, że doskonałość, która ponadto stała się swego rodzaju normą społeczną, osiągnąć można wyłącznie dzięki skalpelowi! Reżimowa pielęgnacja, dieta i ćwiczenia nie zbliżą nas do owego wzoru piękna. Zapewnić może to jedynie chirurgia. 

A jaka jest rzeczywistość? Otóż w przeważającej większości przypadków wychudzona sylwetka pociąga za sobą również niewielki biust. Pełne piersi idą raczej w parze z bujnymi kształtami. Sporadycznie bywa inaczej, niemniej duży biust nigdy, przenigdy sterczał nie będzie. Grawitacja działa niezależnie od wytyczanych nam kanonów piękna. Talia osy i pełne, sterczące piersi, to kompletna abstrakcja, chyba że silikonowe. Te w istocie same się "noszą" i nie potrzeba im żadnego biustonosza. Naturalne piersi w rozmiarze D+ nie zadowolą się byle biustonoszem. By pozostały na właściwej wysokości, potrzeba odpowiedniej konstrukcji stanika, nierzadko wrzynającego się w ramiona, co potwierdzi każda właścicielka sporego (naturalnego!) biustu. Co zaś tyczy się twarzy... Podkreślenie długich rzęs tuszem, to obecnie stanowczo za mało. Dziś uwodzicielskiemu spojrzeniu towarzyszyć muszą doklejone włoski. Coraz częściej na porządku dziennym - i to wcale nie wśród celebrytów - staje się zmienianie proporcji twarzy poprzez wstrzykiwanie różnego rodzaju wypełniaczy uwydatniających kości policzkowe. Istotnym wyznacznikiem kobiecego piękna są również pełne usta, mające kluczowy wpływ na atrakcyjność. Zabieg ich powiększania stał się bardzo popularny, wręcz powszechny.

Temat ideału nie omija też mężczyzn, jednak mam wrażenie, że w ich przypadku nie ma tak wielkiej skali rażenia. Choćby ze względu na tzw. solidarność plemników. I proszę mi tu nie replikować  o domniemanej solidarności jajników, bo owa nie istnieje. My kobiety nieustannie ze sobą konkurujemy, beznadziejnie ścigając  ideał. W ten sposób jedynie podwyższamy sobie już i tak nazbyt wysoko umieszczoną poprzeczkę. Natomiast mężczyźni nie będą tak chętnie podcinać gałęzi, na której siedzą. Są też, w porównaniu z kobietami, pewniejsi siebie, stąd mniej się przejmują jakimiś zewnętrznymi wytycznymi i nie mają tak silnej potrzeby udowadniania całemu światu, że od niego nie odstają. Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, bo nie brak prześcigających się, choćby w wielkości muskułów, mężczyzn oraz silnych osobowościowo kobiet, odpornych na destrukcyjną rywalizację o "podium".



Ikony dzisiejszej urody, czyli siostry Godlewskie:



Anella, czyli polska żywa Barbie:

 





Wszyscy chyba się zgodzą, że Anella w pewnym momencie wyraźnie przekroczyła granicę dobrego smaku, niemniej, ta (jeszcze ładna) idealna dziewczyna z górnego zdjęcia już ma sztuczne kości policzkowe i usta. Takie parametry w naturze po prostu nie występują. W zasadzie nikt nie zamierza nas mamić, ze tak jest. Jest o wiele gorzej! Wmusza nam się coś takiego jako normę, przekonując, że "perfekcja" osiągalna jest dla każdego. "Masz do tego prawo! Nie pozwól, by drobny defekt pozbawił Cię tej satysfakcji!"

Kanony piękna i wzorce na pewno wciąż będą ewoluować. Zastanawiam się jednak czy kobieta - dajmy na to taka, jak ja - dbająca o siebie w granicach rozsądku, ale bez inklinacji w kierunku skalpela, może być jeszcze postrzegana jako atrakcyjna? Szczupła, ale z biodrami i piersiami proporcjonalnymi do swojej szczupłości - czyli małymi, z przeciętnymi ustami, choć wcale nie wąskimi i zwykłymi rzęsami... A może to właśnie ona ma w sobie o wiele więcej "witaminy" niż wszystkie te nadmuchane lale z pełnymi dzióbkami i pokaźnymi, nachalnymi dekoltami?!



Kobieta taka jak ja, czyli... Ja


czwartek, 26 kwietnia 2018

Godne umieranie

Sprawa 2-letniego Alfiego Evansa wstrząsnęła całym światem. Poruszyła również i mnie, stąd ten post. Zacznijmy od schorzenia, na które cierpi chłopiec. Jest to niezidentyfikowana choroba neurologiczna, która sukcesywnie i bezpowrotnie wyniszcza mózg dziecka. Alfie trafił do szpitala kilka miesięcy po urodzeniu i - jak dotąd - przy życiu podtrzymywała go specjalistyczna aparatura. Decyzją sądu została ona odłączona. Wobec jednoznacznych złych rokowań, lekarze uznali taki krok za w pełni uzasadniony. Rodzice sprzeciwiają się tej decyzji. Istnieją tacy, którzy sądzą, że jest to wyraz głębokiej histerii ludzi, którzy nie potrafią pogodzić się ze śmiercią swojego dziecka, dlatego zrobią wszystko, by - jak to określiła moja kuzynka - "poprzytulać się do syna jeszcze dwie godziny". Lekarze oświadczyli, że ponad 70 procent istoty białej mózgu Alfiego zostało dosłownie "wyżarte", w konsekwencji czego mózg chłopca, to w większej części woda i płyn mózgowo-rdzeniowy. Nie mam zamiaru tej diagnozy kwestionować. Chłopiec umrze i nie będę z tym dyskutować, ani poddawać medycznych faktów w wątpliwość. Przedmiotem sporu jest zgoła co innego, a mianowicie uściślenie takich terminów jak uporczywa terapia oraz eutanazja.

Uporczywa terapia jest terapią nieuzasadnioną, która nie służy ogólnie pojętemu dobru pacjenta, lecz sztucznie przedłuża proces jego nieuchronnego umierania. Często jest wyrazem negacji naturalnego charakteru śmierci oraz próbą oszukania pacjenta w stanie terminalnym i jego rodziny przez uciekanie się do interwencji leczniczych z góry skazanych na niepowodzenie. Człowiek nie ma obowiązku poddania się takiej "terapii", a lekarz nie jest zobowiązany do jej stosowania. Instrukcja Kongregacji Nauki Wiary z 1980 r. Iura et bona mówi: "Gdy zagraża śmierć, której w żaden sposób nie da się uniknąć przez zastosowanie dostępnych środków, wolno w sumieniu podjąć zamiar zrezygnowania z leczenia, które może przynieść tylko niepewne i bolesne przedłużenie życia, nie przerywając jednak zwykłej opieki, jaka w podobnych wypadkach należy się choremu." Eutanazja zaś jest działaniem lub zaniechaniem działania, które samo w sobie lub w zamierzeniu zadaje śmierć osobom umierającym, znajdującym się w stanie skrajnego cierpienia, głębokiego upośledzenia lub nieświadomości. W eutanazji nie akceptuje się śmierci naturalnej, lecz prowokuje się śmierć przyśpieszoną. Zmierza ona bezpośrednio do spowodowania śmierci*. 

Alfie z pewnością umrze i być może nie zostało mu wiele czasu. W pewnym momencie jego mózg przestanie działać i to będzie chwila, w której należy odłączyć sprzęt. Wszelkie próby reanimacji w stanie śmierci klinicznej czy u krańcowo wyniszczonego chorego w stanie terminalnym, to rzeczywiście uporczywa terapia, która naraża umierającego na niepotrzebny stres i przeszkadza mu w spokojnym odejściu. Tyle że Alfie jeszcze nie doszedł do tego etapu, nie jest w stanie śmierci mózgu. Skoro odłączono aparatury, a mimo to chłopiec nadal oddycha, to znaczy, że jego mózg wciąż działa. Powinien zatem być objęty opieką aż do naturalnej śmierci. Czy to prawo przysługuje jedynie "dobrze rokującym"? Czy powinniśmy uśmiercać każdego nieuleczalnie chorego? I w którym momencie - od razu po diagnozie, czy też dopiero jak mu się "pogorszy"..? Śmierci należy pomagać uśmierzając ból i łagodząc jej dolegliwości, a nie ją przyspieszając. Każdemu śmiertelnie choremu przysługuje prawo do podstawowych zabiegów, takich jakpodawanie antybiotyków lub innych leków w przypadku powikłań infekcyjnych, leczenie odleżyn, odżywianie, leczenie niewydolności krążenia i niedomogi oddechowej. Nade wszystko zaś nie można zaniechać stosowania środków przeciwbólowych. Odstąpienie od ich aplikowania jest formą eutanazji. Pragnę natomiast przypomnieć, że przez wiele godzin Alfie pozbawiony był jakiejkolwiek opieki, w tym odżywiania! Egzekucja nie powiodła się. W tej sytuacji szpital miał w planie podać śmiertelny zastrzyk. To już jawna eutanazja. Zdawać by się mogło, że prawa dziecka łamane są w krajach słabo rozwiniętych, zacofanych, takich Afryka i Azja. O ewidentnym nieprzestrzeganiu praw człowieka można też mówić w przypadku Koreańczyków. Ale my - Europejczycy - jesteśmy tacy światli i nowocześni, tacy tolerancyjni! A jednak to właśnie w naszej cywilizowanej Europie ignoruje się najbardziej fundamentalne z praw -  prawo do życia! 

To miło, że łaskawie odstąpiono od śmiertelnego zastrzyku, że omawia się z rodzicami formy terapii paliatywnej, jednak w tym kontekście naturalnym jest, że rodzice chcą, by ich dzieckiem - do czasu naturalnej śmierci - zajmowała się inna placówka. To oni powinni wybrać miejsce ostatnich dni, tygodni czy miesięcy życia swojego syna. Niestety, mają zakaz opuszczania kraju. Traktuje się ich jak więźniów. Jest to dla mnie pogwałceniem praw człowieka i praw rodziców, wyrazem wielkiej niesprawiedliwości i tyranii, zdecydowanie nie na miarę cywilizowanego kraju. Takiej decyzji nigdy nie zrozumiem i nigdy się z nią nie zgodzę. 





wtorek, 10 kwietnia 2018

8 Rocznica

Katastrofa smoleńska sprawiła, że w duchu zadumy staliśmy się gotowi do pojednania. Niestety na krótko i - o ironio - w pierwszej kolejności podzielił nas krzyż, symbol miłości i zgody. 8 pokoleń niewoli nauczyło nas, że z okupantem się nie układa, lecz walczy, a ponadto wyczuliło na wszelkie próby pozbawienia nas polskości. Tacy jesteśmy, ale właśnie dzięki temu, mimo 200 lat prób odebrania nam tożsamości narodowej, przetrwaliśmy. A dziś - 10 IV - dzień jak co dzień. Gdzieś tam obchody, ale poza tym nikt nic nie mówi, nikt nie wspomina. Co najwyżej jacyś "prawicowi fanatycy".

Czy zapomnieliśmy? Z pewnością nie. Trudno byłoby zapomnieć wydarzenie, wokół którego wciąż toczą się tak liczne spory. Zatem - owszem - pamiętamy, choć nie jeden chciałby zapomnieć i to jest najsmutniejsze. "Odpalam" Facebooka, a tam ironiczne grafiki z Jarosławem Kaczyńskim i tragedią smoleńską w roli głównej. Ogromna część społeczeństwa po prostu kpi sobie z tego, co wydarzyło się 8 lat temu zapominając, że w katastrofie nie zginęli przecież wyłącznie "PiSiory", ale przedstawiciele wszystkich partii politycznych.

W ostatnich wyborach głosowałam na PiS i na Prezydenta Dudę. Niewątpliwie Jarosław Kaczyński zafiksował się na punkcie śmierci brata i zrobił z niej swoją osobistą krucjatę. Na zasadzie wahadła przeciwnicy poszli w drugą skrajność - w kpinę i brak szacunku. Prezydent Lech Kaczyński nie był osobą popularną i raczej nie miał szans na reelekcję, jednak reprezentował polski naród. Był naszym najwyższym przedstawicielem, został wybrany w demokratycznych wyborach i z tego względu, niezależnie od naszych poglądów politycznych, czy osobistego zdania, zobowiązani jesteśmy do szacunku. Zginął Prezydent Rzeczypospolitej. Zginęli ludzie. I to wielcy ludzie. Wątek smoleński na pewno jeszcze długo będzie wzbudzał emocje, ale dziś powinna to być tylko i wyłącznie głęboka zaduma.


poniedziałek, 27 czerwca 2016

50 jest w porządku


Tytuł mógłby sugerować, że będzie o wieku ..średnim, dziś jednak pojawi się wątek drogowy. Prawo Jazdy posiadam już od ponad 4 lat. Z początku prowadzić dane mi było tylko wtedy, kiedy mój mąż (wtedy jeszcze nie-mąż) użyczył mi swego pojazdu. Ma się rozumieć, sam zasiadał obok. Za kierownicą bynajmniej nie czułam się jak przysłowiowa ryba w wodzie. Powiem więcej - byłam przerażona! Wiedziałam jednak, że to z czasem minie. Muszę po prostu nabyć doświadczenia. 

Sprawy trochę się skomplikowały, kiedy autko - na skutek podeszłego już wieku - dokonało żywota swego. Z pomocą przyszedł mi służbowy samochód (wtedy już) męża. Oczywiście nie mógł mi tak po prostu go pożyczać - to byłoby nielegalne - jednak co i rusz przesiadał się na miejsce pasażera, co bym z obiegu nie wypadła zbytnio. Sporo na tym zyskałam - miałam nawet okazję prowadzić "dostawczaka"! W końcu w naszym domu pojawiły się własne 4 kółka, tym samym nareszcie zaczęłam jeździć sama. Szybko nabrałam pewności siebie, tracąc niestety aż nadto na pokorze. Wprawdzie piratem drogowym nazwać mnie nie było można, bo do 100 km/h nigdy w terenie zabudowanym nie doszłam, ale od przepisowego 50 zdecydowanie bliższe było mi 70!

Co niesie ze sobą ta - zdawać by się mogło - subtelna różnica?

Przeciętna reakcja kierowcy na pojawienie się przeszkody przed jego autem i rozpoczęcie hamowania to 0,8-1 sekundy. Jeśli doliczymy do tego czas na zadziałanie układu hamulcowego wyjdzie nam 1,1-1,4 sekundy. W tym momencie samochód przejedzie odpowiednio dystans:

przy 30 km/h - 10,8-11,7 m,
przy 50 km/h - 15,3-19,4 m,
przy 70 km/h - 21,4-27,2 m,
przy 90 km/h - 27,5-35 m,
przy 110 km/h - 33,6-42,8 m.

Czas reakcji kierowcy wydłuży się, gdy ten jest zmęczony albo rozproszony. Z kolei sama droga hamowania samochodu osobowego na suchym i równym asfalcie to:

przy 30 km/h - ok. 5 m,
przy 50 km/h - ok. 13 m,
przy 70 km/h - ok. 25 m,
przy 90 km/h - ok. 42 m,
przy 110 km/h - ok. 62 m.

Zatem przy prędkości 50 km/h droga zatrzymania wyniesie ok. 32 m, natomiast przy 70 km/h będzie to już ok. 52 m.* Gdzieś pomiędzy mamy 60 km/h, czyli słynne "tylko trochę szybciej", nie narażające nas nawet specjalnie na mandat. 

To daje do myślenia. W internecie krąży film, na którym mały chłopiec na hulajnodze wyjeżdża wprost pod samochód (https://www.youtube.com/watch?v=T9ehcEyd1bU). Na szczęście nikomu nic się nie stało, gdyż kierowca jechał przepisowo. Pojawiły się oczywiście wpisy, że gdyby chłopiec ucierpiał, byłaby to przede wszystkim wina nieuważnej matki. Powstrzymam się od reakcji na ten komentarz. Nikt nie może czuć się zwolniony z konieczności posiadania wyobraźni - ani matki, ani bezdzietni kierowcy.

Czy jadąc "tylko trochę szybciej" nie byłam świadoma powyższego? Ależ oczywiście, że byłam! Co takiego zatem się stało, że zwolniłam? Razu pewnego przyszło mi podróżować w wielkim deszczu. Polskie drogi do równych nie należą, toteż woda zalegająca w ulicznych dziurach bez przerwy zalewała mi szybę. Wycieraczki nie nadążały. Musiałam zwolnić. Po przybyciu na miejsce zdałam sobie sprawę z tego, że przejazd nie zajął mi więcej czasu, niż zwykle. Jechałam ze stałą prędkością, bez szarpania, bez nadmiernego rozpędzania, by po chwili stanąć na światłach. To było pierwsze uświadomienie sobie, że szybsza jazda w terenie zabudowanym niekoniecznie skutkuje szybszym przemieszczaniem się.

Niedługo potem w moim samochodzie zaczęły szwankować łożyska. Zbliżając się do 60 km/h samochód huczał tak niemiłosiernie, że najbardziej niecierpliwy puściłby nogę z gazu. Po niedługim czasie przyszło olśnienie - płynna jazda jest super! Mam wszystko pod kontrolą i nic mnie zbytnio nie zaskoczy. Stałam się o wiele spokojniejszym kierowcą i przestałam w duchu przeklinać innych uczestników ruchu. 

W moim mieście jest pewna kręta droga wiodąca przez las. Z powodu licznych i ostrych zakrętów dozwolona tam prędkość wynosi 40 km/h, a wyprzedzanie zabronione jest niemal na całym odcinku. A jednak ostatnio miał tam miejsce śmiertelny wypadek. Kierowca wypadł z zakrętu. Warunki atmosferyczne były korzystne. Najpewniej przyczyną była nadmierna prędkość. Nie raz doświadczyłam tam brawury innych kierowców, np. wyprzedzanie długiego, przegubowego autobusu na podwójnej ciągłej...

Tymczasem warto docenić, że w ogóle tyłek można wieźć i nie wybrzydzać zbytnio - życie zbyt krótkie jest, by się tak wszędzie śpieszyć!





__________________________________________________________