Ostatnio nie jest mi po drodze do kościoła. Zgubiłam też sensu zrywania kwiatów i robienia z nich "dywaniku", po którym kroczy procesja. Aż dziwne, że mówi to teolog. Cóż... Absolut sam wybrał mi życie z nosem przy ziemi w miejsce upragnionego doktoratu z filozofii. Wracając jednak do kwiatków... Pamiętam z jaką ekscytacją wiązało się sypanie ów, gdy byłam dziewczynką. Nie planowałam jednak nic dla Nastki. Jedyne, o czym myślałam, to co na obiad i jak przetrwam te wolne od żłobka i szkoły dni. O poranku wyruszyliśmy na spacer. Ruch, to u nas podstawa. Coś mnie jednak natchnęło i spontanicznie zaczęłam zrywać fioletową koniczynę i żółte kaczeńce do bagażnika Nastusiowego rowerka. Po czym szybko sprawdziłam o której godzinie idzie procesja w lokalnej parafii, wygrzebałam chyba jedyną bez bajkowych motywów sukienkę, przygotowałam koszyczek i posłałam Nastusię z jej Tatą na procesję. Sama niestety musiałam zostać z Antkiem, który zdecydowanie nie odnalazłby się w tym tłumie, no chyba że chodziłoby o demolkę. W każdym razie dostałam całą paletę wzruszających zdjęć i filmików, z których wybrałam kilka, by się nimi podzielić. Nastusia była przeszczęśliwa. Ja też. A kwiaty nazbierane pod stopy Jezusa stały się dla mnie wyrazem wdzięczności, miłości i (chociaż chwilowej) radości. Amen.


Ja tam nigdy kwiatków nie sypałem, choć bardzo chciałem, musiałem za to dzwonić przybrany w białą komeszkę:-) Cieszę się, że miałaś tę chwilę radości Basiu.
OdpowiedzUsuń