piątek, 30 stycznia 2026

Tylko kozy brak


W Tykocinie żył bardzo biedny Żyd o imieniu Icek. Wraz z żoną Salcią, czwórką dzieci i teściową, gnieździł się w maleńkiej izdebce. Ciasnota była nie do wytrzymania i w końcu Icek postanowił udać się po radę do rabina.
– Rebe, ja nie mogę już tak żyć, ty mi powiedz, co ja mam zrobić?
– Icek, ty idź na targ i kup sobie kozę!
– Ale Rebe, ja już teraz nie mogę wytrzymać tej ciasnoty. Jak ja będę żył, jeśli dojdzie jeszcze koza?
– Ty słuchaj dobrej rady mądrego rabina. Ty idź na targ i kup sobie kozę.
Icek poszedł na targ i kupił kozę. Po wprowadzeniu kozy do maleńkiej izdebki, zrobiło się jeszcze gorzej. Nie dość, że ciasnota doskwiera jeszcze bardziej, to koza cuchnie, wyżera każde jedzenie i załatwia się gdzie popadnie. Icek przetrzymał tydzień, po czym pobiegł do rabina po radę.
– Rebe, to już nie jest życie, to jedno wielkie pasmo cierpienia. Coś ty mi kazał zrobić! Ja już tego dłużej nie wytrzymam.
– Icek, ty idź na targ i sprzedaj kozę. Odczekaj kilka dni i przyjdź mi zdać relację.
Icek zrobił jak radził rabin, po czym ponownie udał się do niego.
– Icek! Sprzedałeś kozę? Jak ci się żyje?
– Sprzedałem Rebe i dzięki ci za twoją mądrą radę. Teraz to ja wiem, że żyję!

Z domu rodzinnego wyniosłam pewną lekcję - rzeczy pozbywaj się tylko w ostateczności. Zasada ta dotyczy głównie ubrań, które przecież na pewno jeszcze się kiedyś przydadzą. Wszak moda lubi zataczać koła. Toteż prócz ciuchów aktualnie używanych, w tapczanie przechowywane są odzienia na później. Dawniej w mieszkaniach było więcej mebli. Dziś zapanowała moda na tzw. wolne kąty. W salonie poza plazmą na ścianie, stołem, czymś do siedzenia, względnie samotną komódką - sprzętów nie uświadczysz. Na ogół jedna szafa z garderobą w zupełności wystarczy. Serio? Jedna szafa na moje łachy? Wróć! Na łachy wszystkich domowników ...o zgrozo! To kompletnie nie w moim stylu. Tyle w temacie konfekcji.

Wskazane jest ponadto zgromadzenie wyposażenia w postaci wszelkiego autoramentu pudełek, puzderek, pojemniczków. W jakim celu? Zabierając w podróż wszystkie pożądane kosmetyki przelewamy je do małych buteleczek, zyskując tym samym miejsce w kosmetyczce. Wersje mini-produktów można co prawda dostać dziś w każdej drogerii, osobiście jednak uważam to za wielkie cenowe "oszukaństwo"!

Akcesoria warte przechowywania, to także pudełka po lodach. Zawsze jest w czym zamrozić zupę lub inne danie. Do tego celu znakomicie nadadzą się również kupne pojemniki. Niemniej są sytuacje, w których wyższość okazują się mieć te wtórne. Wyobraźmy sobie, że mamy gości, którym bardzo zasmakowało nasze ciasto. I już mamy pojemniczek na wynos! Taki jednorazowy, co by później rok nie czekać na zwrot tego od kompletu.

Problem zaczyna się, gdy przestajemy kontrolować nasze zapasy i nie potrafimy nic wyrzucić. Gdy wydaje się nam, że absolutnie wszystko bez wyjątku trzeba skitrać. Wszak po to ktoś mądry wymyślił recykling. Co jakiś czas robię więc czystki w swoich zbiorach, co by nadmiernie nie zarosnąć. Czasem udaje mi się nawet pozbyć czegoś z przyodziewku! Znam jednak takich, dla których rozłąka z każdym zbędnym drobiazgiem zdaje się katorgą nie do przejścia. Ja natomiast po takim odgraceniu czuję się bohaterką Związku Radzieckiego i Chin Ludowych i zupełnie inaczej patrzę na swoje ciasne mieszkanko! Obawiam się tylko, że zyskana przestronność jest wyłącznie pozorna. Zupełnie jak w tym żydowskim kawale...

Z dedykacją dla mojej Mamy








czwartek, 29 stycznia 2026

Wspomnienia z Kubusiem Puchatkiem w tle

Jesteśmy z Nastką na etapie czytania Kubusia Puchatka. W tym momencie przypomina mi się jak mój Tata czytał mi i mojemu Rodzeństwu opowieści o tymże wiecznie głodnym Misiu. To wspomnienie ogrzewa mnie od środka. Tata zajmował mocno już wysiedziany fotel z prosto wyciągniętymi nogami, my zaś urządzaliśmy sobie z nich ślizgawkę. Jest to o tyle zabawne, że Tata był niskiego wzrostu, ale z perspektywy Dziecka wszystko może wydawać się wielkie. 

Taty już nie ma, ale wspomnienia wciąż żyją. I to jest piękne - że mogę do nich sięgać i wyciągać niczym zasuszony w książce kwiat. 

I mam takie dwie refleksje:
Kubuś Puchatek, to obok Muminków najmądrzejsza książka. Poza tym wydaje mi się, że w każdej z postaci rozpoznaję jakieś spektrum autyzmu. Nota bene Nastka, chyba najbardziej pogodne Dziecko na świecie, upodobała sobie depresyjnego Kłapouchego. Druga sprawa: chciałabym mieszkać w Stumilowym lesie, z Kubusiem Puchatkiem i jego Przyjaciółmi. Jeśli ktoś zadałby mi pytanie jak wyobrażam sobie niebo, to właśnie tak - jako Stumilowy las z jego Mieszkańcami!

Postanowiłam zapytać bliskiego mi Księdza, jak sądzi, czy jest szansa, że w niebie będzie jak w Stumilowym lesie - że przytulę się do misia i poskaczę z tygrysem? Bynajmniej, nie chcę tylko "wielbić Boga". To strasznie nudne. Wiem, że piszę jak dziecko, że moje wyobrażenia są dziecięce, nie nazwałabym ich jednak dziecinnymi. Zresztą, mieliśmy być jak niewinne dzieci, a te chcą się tulić do misia i skakać z tygrysem...

Ps. - A ty jak się masz? - spytał Puchatek.
- Nie bardzo się mam - odpowiedział Kłapouchy. - Już nie pamiętam czasów, żebym jakoś się miał.
Alan Alexander Milne, Kubuś Puchatek




sobota, 29 listopada 2025

Na rozdrożu: wybór mniejszego zła...

Przeczytałam ostatnio, że autyzm bywa lukrowany, że odmawia mu się miana „choroby” na rzecz „neuroróżnorodności”. Tak. Jako Matka Autysty, uważam zarzut za słuszny. Być może chodzi o to, że zachowania autystyczne mogą mieć różne nasilenie. U mojego Syna jednak problem jest tak szeroki, jak i głęboki. Całkowity brak komunikacji werbalnej i problemy z niewerbalną, ADHD, zaburzenia integracji sensorycznej, stereotypie, echolalia, sztywne schematy, nietypowe reakcje na bodźce itd. itd... Przekładając na codzienność m. in. nieustanna aktywność oraz wprawianie w ruch różnych przedmiotów (np. rzucanie szklankami), wstawanie w nocy, ciekawość co do substancji chemicznych (zjadanie kosmetyków czy świeczek), wrzask, płacz, nadwrażliwość słuchowa (w domu nie można kaszleć, rozmawiać przez telefon ani śpiewać – moja Córka skończyła dwa lata, a ja nie śpiewam jej kołysanek czy innych przedszkolnych piosenek, których znam całą paletę, bo powoduje to histerię Antka), twarde wzorce (jeden kierunek, jedna trasa etc.), bicie, ciągnięcie za włosy... To nie jest agresja intencjonalna, ot, sensoryczna ciekawość. Lecz takim sposobem strach wyjść z Antkiem. Nigdy bowiem nie wiadomo czy nie rzuci się na obcą osobę, bo ta ma bujne loki czy ciekawe kolczyki. Albo nagle zaczyna krzyczeć. Krzyk jest tak przeraźliwy, że słychać nas w promieniu kilometra, w dodatku niczym nie można go ukoić.

Już dawno minęły czasy małego, słodkiego, zagubionego w świecie Chłopczyka. Czasy, gdy próbowałam się w Niego wczuć i coś zrozumieć. Poddałam się. Mój Syn jest jak dzikie zwierzę. W dodatku waży już prawie tyle, co ja. Leki i terapie nie nadążają. Poddałam się. Opadłam z sił. Do tego stopnia, że zachorowałam na depresję. Tak. Basia kochająca i kochana, występująca na scenie, z piękną sylwetką i długimi, lśniącymi włosami ma dni, kiedy nie jest w stanie podnieść się z łóżka; kiedy wprawdzie wykonuje wszystko wokół siebie i dzieci, ale robi to jak automat, byle do wieczora. Akademia Muzyczna nauczyła mnie aktorstwa na scenie. Niczym klaun ze słynnej piosenki „Show must go on” przyklejam do twarzy uśmiech, sypię dowcipami i zbieram oklaski. A potem, jak Kopciuszek, wracam do swojej codzienności. Codzienności, w której trzęsę się na myśl o kolejnym dniu.

Jedną nogą znalazłam się po drugiej stronie barierki balkonowej na siódmym piętrze, na którym mieszkam. Chciałam odejść i zabrać ze sobą Antka. Coś jednak we mnie na to nie pozwalało. Jakieś wewnętrzne pragnienie bycia i życia. Pragnienie towarzyszenia Nastce, pragnienie spacerów z Kostkiem, czytania książek z Bratem Julkiem i oglądania Ojca Mateusza z Mamą. Te prozaiczne tęsknoty ocaliły mnie. Ale nie tylko to. Terapia, leki, wsparcie bliskich ...i decyzja, której nie życzę żadnemu Rodzicowi, najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Postanowiłam powierzyć swoje Dziecko Ośrodkowi, który – mam nadzieję – stanie się dla Niego nowym Domem. Nie porzucam swojego Dziecka, nie odwracam się od Niego. Ratuję siebie i Jego.

Nie ma dnia, bym nie płakała z powodu tej decyzji, ale wiem, że jest słuszna. Powoli kończę stronę formalną (Sąd, zaświadczenia lekarskie, opinie etc.) i czekamy na dzień, który jeszcze nie wiem co dokładnie przyniesie. Pęknie mi serce. W pewnym sensie już pękło. Piszę o tym, bo świat powinien wiedzieć jak wygląda życie z Autystą, a depresja, to nie tylko smutna buzia i tłuste włosy. A przede wszystkim – to nie wstyd.







czwartek, 30 czerwca 2022

Przemijanie w kolorze chabrów

Dotarła do mnie wiadomość o śmierci mojego profesora od fletu. Jaki był Adam Łazarewicz? Zdecydowanie nie prowadził mnie za rękę, nie narzucał swojego zdania, ani jedynej "właściwej" interpretacji utworu, pozostawiając mi sporo przestrzeni do własnych poszukiwań. Niekiedy brakowało mi jego kierownictwa, z czasem jednak zauważyłam, że mogę uzyskać odpowiedź na każde zagadnienie, lecz najpierw muszę zadać pytanie. Inicjatywa bowiem musiała wychodzić ode mnie. W gruncie rzeczy czy nie na tym właśnie polega bycie inspiracją? Na wzniecaniu głodu odkrywania, motywowaniu do wyciągania wniosków i pozwalaniu na stawanie się lepszym?

Był życzliwym, sympatycznym i dobrym Człowiekiem, zupełnym przeciwieństwem większości akademickich nauczycieli, których metodę na wyciągnięcie jak najwięcej ze studentów stanowiło łamanie im charakteru. W szafce trzymał zestaw rodem z PRL-u -> grzałkę i szklankę z koszyczkiem. Każda lekcja zaczynała się od zaparzenia sypanej czarnej...
Przeprowadziliśmy wiele inspirujących rozmów, nie tylko na tematy muzyczne. Stał m. in. na stanowisku, że od owoców się tyje. Po latach potwierdzam - trzeba zachować w nich umiar. Niejednokrotnie wypłakiwałam Mu się w przysłowiowe ramię z powodu sercowych niepowodzeń czy wątpliwych sukcesów zawodowych. Był jak ojciec, którego w tamtym czasie w moim życiu zabrakło. Jego opinie niekoniecznie były spójne z moimi oczekiwaniami, ale czy bezwiedne poklepywanie po ramieniu, to rzeczywiście zadanie godne prawdziwego wychowawcy?
Poniższa fotografia wykonana została równo 11 lat temu, w czasie mojego drugiego recitalu dyplomowego, zwieńczającego 5-letnią przygodę w Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku (szczęśliwa kieruję się po wielki słonecznik dla Pana Adama). Zdjęcie zestawiłam z całkiem innym, na pierwszy rzut oka niepasującym do ujęcia obrazem, ale też sama ja, moje dążenia i priorytety uległy zmianie. Dziś wiem, że prawie nigdy nic nie jest takie, jakie się wydaje. Tymczasem, powracające co roku do życia kolorowe piękna natury uspokajają mnie, dając wytchnienie w otaczającym zamęcie.
Kwiaty bowiem trwają.
Ludzie w moim życiu - nie...
Chabry, chabrowa suknia, chabrowe oczy dziecka...







niedziela, 27 lutego 2022

Magiczny domek

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka

Stanisław Barańczak


Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
Nie było przykro podnieść się i odejść;
Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
na inną ulicę, kontynent, etap dziejowy
lub świat

Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
w świecie
czuł się jak u siebie w domu?

* * * * *

Sporo mówi się ostatnio o konieczności rozmawiania z dziećmi na temat wojny. Pamiętam, że jako dziecko bardzo bałam się konfliktów zbrojnych i kataklizmów. A także ciemności i ciasnych przestrzeni, ale zdecydowanie najbardziej inwazji militarnych. Syn mojej przyjaciółki ma podobnie. Szczególnie poruszają go skutki bombardowania. Któregoś razu zaskoczył swoją mamę pytaniem:

- Czy bomba rozwaliłaby sklep?

- Tak, synku.

- A czy bomba rozwaliłaby przedszkole?

- Tak, synku.

- A nasz domek, czy nasz domek też by rozwaliła?

- Tak, synku, nasz domek też…

Wtedy chłopiec wymyślił, że zbuduje magiczny dom, który może się przemieszczać i którego żadne bomby nie zniszczą. W razie wojny schroni się tam wraz z bliskimi.

Zadziałał naturalny mechanizm obronny, strategia umysłu, który musi stworzyć sobie skrawek bezpiecznej przestrzeni, by przetrwać. Problem nie znika, ale rzeczywistość zostaje zniekształcona, co pomaga oswoić się z jakąś jej cząstką. Tego typu mechanizmy obronne nie są wyłącznie domeną dzieci. My, dorośli, też lubimy mieć jakiś awaryjny bufor, nawet jeśli jest on tylko pozorny, czego niejednokrotnie jesteśmy całkiem świadomi. Zastanawiam się czy wiara w Boga i życie pozagrobowe nie jest jakąś jego formą. Perspektywa ponownego spotkania pomaga zaakceptować rozłąkę. Dzięki przekonaniu o nieśmiertelnej duszy rozstanie staje się pożegnaniem tylko „do czasu”…

Mój zamknięty w swoim wnętrzu syn na swój sposób wolny jest od otaczającej go rzeczywistości. Dla przykładu – nie porównuje się z innymi dziećmi, nie analizuje w co są ubrane, jakie mają zabawki, ile zarabiają ich rodzice. Nie potrafi myśleć abstrakcyjnie, liczy się dla niego tylko tu i teraz, co paradoksalnie niejednokrotnie go chroni. Nie porozumiewa się werbalnie, a jego rozumienie mowy ogranicza się do stale powtarzalnych komunikatów, jak zgaś światło, ściągnij buty, podaj… Wojna, to pojęcie obce i nieznane mu. Zauważyłam jednak, że nie zawsze musi znać słowa, by rozpoznać nastrój jaki dany termin ze sobą niesie. Niczym gąbka chłonie moje emocje, mój lęk. Nieświadomy przyczyny i skutków, nasiąka atmosferą okoliczności. Minionej nocy obudził się, przybiegł do mnie i wtulił tak mocno jak nigdy. Zdawał się być przerażony. Nie wie co to jest wojna, kto to jest Putin, gdzie leży Ukraina (że w ogóle coś takiego jak „państwo” istnieje), ale wyczuwa, że ma powód do strachu. Nałykał się go ode mnie. Szkoda, że nie mogę go uspokoić słowami, tych bowiem nie przyswaja, a żeby przekazać mu spokój emocjami najpierw sama muszę go odzyskać. Tylko jak…

Mam pewną Koleżankę, z którą nagminnie obiecujemy sobie to, co niemożliwe – że wszystko będzie dobrze. Składanie takich deklaracji jest oczywistym absurdem, niepodobna bowiem robić nadzieję na coś, co absolutnie wymyka się spod naszego wpływu, jak choćby zdrowie, pokój i ład na świecie, książę z bajki, wieczna młodość, nieśmiertelność ukochanych osób itd. Skądinąd, z lubością to czynimy, czerpiąc wzajemną satysfakcję z iluzorycznego mamidła.

Jednak tym razem, w obliczu bestialskich działań Putina i jego dalszych gróźb, hipnotyzowanie się myślą, że wszystko będzie dobrze, nie działa. Jestem nad wyraz oporna na to iście życzeniowe pozytywne myślenie. Wybacz mi „partnerko od umysłowego laudanum”. Czyżbym „wydoroślała”? Jeśli na tym polega dorosłość, ogłaszam wszem i wobec, że w takim razie nie chcę być dorosła! Chcę zbudować magiczny domek, schować się w nim ze wszystkimi, których kocham i przenieść się tam, gdzie nie będzie wojny.





czwartek, 24 lutego 2022

Jutro słońce wzejdzie i tak…

24 II 2022

Tego dnia obudziłam się jeszcze przed świtaniem, wcześniej nawet niż mój mały ranny ptaszek. Spojrzałam w telefon. Było tuż po czwartej. Planowałam jeszcze na chwilę przysnąć, komunikat aplikacji newsowej zadziałał jednak mocniej niż zimny prysznic. Rosja zaatakowała Ukrainę. Ta informacja zdominowała mój umysł, destabilizując na resztę dnia. Jak odtąd będzie wyglądać nasze życie? Czy nie znajdziemy się na celowniku jako następni? Wiedza jest ograniczona. Wyobraźnia – przeciwnie. Jej oczami już widziałam nas uciekających z całym dobytkiem w walizkach. Spojrzałam na swoje piękne, białe pianino. Przepadnie, podobnie jak reszta planów na przyszłość. Cofnęłam się do początków pandemii. Przypomniałam sobie puste półki i skwitowanie mojego pytania o ulubione chrupki Antka stwierdzeniem, że to nie jest produkt pierwszej potrzeby, toteż nie będą go zamawiać. Na nic zda się makaron. Autystyczna wybiórczość pokarmowa silniejsza jest nawet od głodu. Zresztą. Rosja raczej nie zdecyduje się na takie poszerzenie działań militarnych. Fantazja nadto mnie poniosła. Lecz czy na Ukrainie nie ma takich „Antosiów”, jak mój... i z pewnością nie jedno marzenie nie zmieści się do walizki.

Przede mną jeden z kilku dni w roku, kiedy nie liczę kalorii, folgując sobie żywieniowo do woli, do pobliskiej cukierni udałam się jednak jakoś bez entuzjazmu. Mam pieścić swoje podniebienie, podczas gdy tuż za granicą moja abstrakcja znaczy czyjąś rzeczywistość? 

Pozostaje modlić się o pokój. Tylko jak, gdy wiary brak; gdy ta zdaje się być absurdem. O co zresztą miałabym się modlić? Czy ingerencja Boga nie stoi w sprzeczności z wolnością daną człowiekowi? Irracjonalnym byłoby oczekiwać, że Bóg złapie Putina za rękę. Hitlera też nie powstrzymał. Nie taka zresztą Jego rola. Nie traktuje nas jak dzieci do komenderowania, ale jak dorosłych, a dorosłość ma swoje prawa. Odpowiedzialność, konsekwencje wyborów własnych ...i cudzych... 

Kiedy odbierałam Syna ze szkoły, poczułam powiew wiosny. Ludzkie dramaty jej nie dotyczyły. Ptaki ćwierkały niosąc nadzieję na przekór wydarzeniom poranka. Tak... Słońce wschodzi, gdy matki tracą dzieci, gdy mężczyźni tracą żony, gdy kraje pustoszy wojna (…) Nawet jeśli jesteśmy absolutnie przekonani, że to koniec świata, nazajutrz słońce wzejdzie i tak (Taylor Jenkins Reid, Rozstańmy się na rok). 

Zaledwie dwa lata wcześniej, tuż przed tym jak świat stanął na głowie z powodu koronawirusa, mój „tłusty czwartek” wyglądał całkiem beztrosko...

 

20 II 2020

Osiedlowy sklep Biedronka, godz. 9. Ustawiam się w długiej kolejce. Tuż za mną lokuje się starsza Pani. Wścibsko zagląda na dno mojego koszyka i zdziwiona, że zamiast pączków szarpnęłam się w lutym na truskawki, konstatuje, że sama ma 3 chłopów w domu, czym za pewne chciała usprawiedliwić się przede mną (lub przed samą sobą) z 3 toreb tłustych oponek. Nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, proponuje, że zaśpiewa mi piosenkę (melodia znana, tekst własny). Pozostali klienci obserwują ten teatrzyk zszokowani nie tylko odważną Panią, ale - może nawet bardziej - mną, tak żywo zainteresowaną. Przyznaję - wykonanie perfekcyjnie czyste! Przechodzimy na temat psów, a nastepnie ..kanarka, którego straciła 10 miesięcy temu. W międzyczasie moje zakupy zostają podsumowane i mogę odejść. Z jakiegoś powodu jednak tego nie robię. Starsza Pani patrzy zdziwiona, że wciąż stoję, ja zaś ze spokojem i absolutną powagą oświadczam, że przecież nie skończyła opowiadać mi o kanarku. I tak rozmawiamy jeszcze pół godziny przed sklepem. Też jest muzykiem i też ma niepełnosprawnego syna, jej matka popełniła samobójstwo, jej mąż odciął nogę ich kanarkowi, ona sama jest morsem. Opowiada mi jak w młodości dawała prywatne lekcje muzyki, a z dziurawego dachu kapała woda na uczniów, ile zaoszczędził jej syn i jakich długów narobił drugi..

Miałam zaplanowany dzień co do minuty. Zakupy, granie, ogarnięcie mieszkania dla odwiedzających mnie dzisiejszego dnia, jak również sączenie kawy i delektowanie się w spokoju śniadaniem.. ale niech tam! Mój syn uczy mnie, że świat, to coś więcej niż cienka strużka przede mną; więcej niż tylko moje sprawy. Jego droga do przedszkola nie jest zwykłą drogą. Zadziera głowę mocno do góry i patrząc w niebo gna na oślep przed siebie; radośnie kręci się wokół własnej osi lub po prostu idzie tyłem; chodzi po krawężniku, czasem z niego spada, co niezmiernie go bawi; dotyka każdej rośliny, bada ich faktury; śmieje się do siebie - z niczego konkretnego, po prostu cieszy się byciem, przestrzenią, wolnością. Czasem zastyga w bezruchu, po czym rozpędza się, niczym liść wprawiony w ruch podmuchem wiatru. Bywa, że w tym wszystkim obiję się o jakiegoś człowieka, który nawet tego nie zauważy, gdyż jego świat, to owa cienka strużka przed nim - nie rozgląda się na boki; do pracy, do sklepu, do domu..

Wykonałam wszystko, co zaplanowałam. I Ty też wszędzie zdążysz. Paradoksalnie właśnie wtedy, gdy się zatrzymasz..


24 II 2022

A jutro słońce wzejdzie i tak… 





piątek, 11 lutego 2022

W pułapce wnętrza

Zawsze lubiła dzieci i marzyła o gromadce. Co prawda urodziła syna, nie spełniała się jednak w rodzicielstwie. Jako autysta, jej chłopczyk uwięziony był we własnym umyśle. Co za ironia. Ona – jako anorektyczka – też była więźniem swojego ciała.

Myśl o dziecku towarzyszyła jej od dawna, ale dopiero kiedy na skutek zbyt wielu codziennych trosk jej cykl rozregulował się, a podaż hormonów zaczęła poważnie szwankować, wizja, że jej czas, jako kobiety, skończył się, łapała ją za gardło tak mocno, że niemal się dusiła. Jeszcze niedawno trzymała w ramionach nowonarodzonego synka przyjaciółki, teraz wystarczyło, że spojrzał na nią tymi swoimi wielkimi, uśmiechniętymi oczami i szlochała pół dnia. Niemal codziennie otrzymywała porcję zdjęć i filmów słodkich pociech koleżanek i poza sporadycznymi przypadkami, gdy w sercu pojawiał się nieznaczny żal, szczerze cieszyła się razem z nimi. Czy przyszedł moment, w którym nie będzie już potrafiła być dobrą ciocią? Nie będzie w stanie robić kakao, tworzyć układanek z opowieścią i łowić ryb wędką na magnes?

Wydanie na świat jeszcze jednego potomka było jej pragnieniem i źródłem przerażenia zarazem. Poród był dla niej traumą, choć upływ czasu nieco złagodził bolesną pamięć. O wiele bardziej bała się zmian, jakie ciąża zostawiłaby na jej ciele. Każdego dnia toczyła bój o idealną sylwetkę. Jej obecny stan zdrowia nie pozwalał już na mordercze treningi, stąpając jednak po kruchym lodzie trenowała na tyle, na ile mogła lub na tyle, na ile wydawało się jej, że może. Ciąża najpewniej skończyłaby się wielomiesięcznym leżeniem. Dla rozkosznego pędraka można poświecić wiele, tyle że między jej świadomością a jej ciałem jakby zerwało się połączenie. To nie znaczy, że nie zdecydowałaby się, lecz czy udźwignęłaby konsekwencje? Nawet teraz, gdy miała praktycznie wzorową sylwetkę, jej oczy działały jakby inaczej niż pozostałych ludzi. Jej biedne ciało, nieakceptowane jako perfekcyjne, tym bardziej nie mogło zostać przyjęte jako ułomne. Pod jej sercem nie rozwinie się już nowe życie, a Życie, które wydała na świat, mieszkało zamknięte w swoim pokoju, celi umysłu, w której klamki nie ma ani od zewnątrz, ani od wewnątrz. Samotna matka i samotny syn. Dwa światy egzystujące jeden obok drugiego, jakby niezależnie, a jednocześnie nie mogące istnieć bez siebie. Dwie klatki, których konstrukcję stanowiły własne kości…