piątek, 11 lutego 2022
W pułapce wnętrza
sobota, 5 lutego 2022
Kościół gorszący
Czym jest dla mnie wiara, czym chrześcijaństwo, czym Kościół, kim Jezus. Co zawiera się w tych hasłach. Z całą pewnością nie są one tylko pustymi sloganami, ale w moim życiu wartością szczególną. Nie jakąś tam sentymentalną i dziecięcą, jak wiara w przeciskającego się przez komin Świętego Mikołaja. Lecz wiążą się ze świadomym wyborem.
Można powiedzieć, wartości te odziedziczyłam w spadku; to właśnie rodzina jako pierwsza pokazała mi, że w wierze i religii nie chodzi o doktrynę i ślepe zachowywanie zasad, ale o bycie człowiekiem, po prostu człowiekiem. Odkąd pamiętam, w moim domu nie było tematów tabu. Nieustannie toczyło się dyskusje, podawało w wątpliwość niezaprzeczalne kwestie – po to, by wybierać świadomie, nie bezmyślnie, „za tłumem”. Celem formacji młodego człowieka nigdy nie było wgranie w niego mechanizmu ślepego posłuszeństwa, lecz przygotowanie go do samodzielności i odpowiedzialności. Jako nastolatce nie mówiono mi o której godzinie mam wrócić w domu, a jeśli potrafiłam podać sensowny argument, wolno mi było – w drodze wyjątku – pójść na wagary. Ufano mi i traktowano jak człowieka zdolnego do podejmowania wyborów – lepszych, bądź gorszych, ale zawsze z założeniem, że będę ponosić konsekwencje własnych decyzji. Bez wątpienia, by dać mi ów kredyt zaufania, najpierw trzeba było umocnić we mnie kapitał mądrości, roztropności i wrażliwości. Temu służyły wszystkie rozmowy, czytanie Biblii od najwcześniejszych lat i opowiadanie o Bogu w sposób pozwalający się Nim zachwycić. Krok po kroku pokazywano mi piękno określonej drogi – wszak wychowanie obejmuje również kształtowanie konkretnych postaw i wzorców zachowań – lecz potem odważnie pozwolono mi samej odkryć Prawdę, pójść za Nią i być Jej wierną z własnego, nieprzymuszonego wyboru. Bo w moim domu tolerancji nie było tylko dla jednego – dla bezrefleksyjnego przechodzenia przez życie.
Moja szeroko pojęta rodzina łączy w sobie mniej lub bardziej wiernych katolików, sceptycznych agnostyków i zagorzałych ateistów. W naszych szeregach mamy również geja i osobę transpłciową. Wspólnym mianownikiem dla tego, co – zdawać by się mogło – powinno dzielić jest szacunek, który sprawia, że jesteśmy prawdziwie razem. Najbardziej ortodoksyjną w wierze była moja nieżyjąca już babcia. Jeżeli ktoś obierał drogę, która według jej systemu wartości nie była tą najlepszą, nie omieszkała wyrazić swojej opinii. Jak każdy miała prawo mówić na głos o tym, w co wierzy i czym żyje, ale w żaden sposób nikogo nie wykluczała. Mam taką gorzką refleksję, że kościoły są dziś puste, a u mojej babci co niedzielę było gwarno. Do samej śmierci nas ewangelizowała. Jej świadectwo, a także świadectwo moich rodziców, nauczyło mnie dawania bez patrzenia na to, co dostanę w zamian, poświęcenia dla drugiego człowieka, nawet wtedy, gdy jest mi to „nie na rękę”, dzielenia się tym, co mam, nawet jeżeli nie mam prawie nic. Nauczyło mnie też bycia prawdziwą, odważną i wdzięczną. W końcu przywiodło mnie do skończenia studiów teologicznych i fascynacji Jezusem, którego umiłowałam i wybrałam na swojego Boga. Miałam wokół siebie ludzi, którzy własnym życiem dawali świadectwo piękna i sensu katolickiej wiary, którzy byli w tej wierze spójni, szczerzy i prawdziwi, chociaż niepozbawieni słabości.
Kościół winien być jak dom rodzinny – przygarniający. Mówi się, że jest powszechny, że miejsce w nim jest dla każdego. Czy jednak na pewno? Czy dla osób homo- i transseksualnych również? Nie twierdzę, że należy zmienić nauczanie Kościoła dotyczące małżeństwa i rodziny, lecz powiedzmy sobie szczerze – rzucane z niejednej ambony hasła o „tęczowej zarazie” są jak eksmisja z domu; są odrzucaniem, co więcej – odrzucaniem w imię Boga. W imię Boga, który nigdy nikogo nie odtrącił. Kościół, podobnie jak rodzina, oddziałuje na swoich wiernych, kształtuje w nich pewne postawy. Dobrze, gdyby było to wychowywanie do samodzielnej refleksji. Niestety, wskutek sukcesywnego prezentowania oblicza Boga-selekcjonera, jednocześnie zaś promowania obrazu kleru, który „zawsze ma rację”, nie tylko sami hierarchowie stają się skłonni do „zamiatania brudów pod dywan”, ale i świecka część wspólnoty nie zawsze chce dawać wiarę skrzywdzonym. Zabieranie głosu przez osoby medialne, w szczególności duchowne, zbyt często skutkuje w ostatnim czasie (słuszną) kpiną. Co gorsza, takie swoiste expose, będące niejednokrotnie wyrazem braku kompetencji i wrażliwości oraz niezrozumienia tematu, częstokroć uderza w skrzywdzone osoby, których zagadnienie bezpośrednio dotyczy. Nie mam tu na myśli wyłącznie problemu nadużyć seksualnych, czy też zbytniego zaangażowania księży w politykę (konkubinat państwa i Kościoła, to osobna, niebagatelna kwestia). Wśród duszpasterzy nie brak internetowych rekolekcjonistów, którzy zdążyli wyrobić sobie dobrą renomę krzepiącym słowem. Bywa jednak, że w pewnym momencie swoim autorytetem zaczynają „podawać do wierzenia” osobiste poglądy, nierzadko będące przejawem religijnego fundamentalizmu, czy nawet wręcz fideizmu dezawuującego niezaprzeczalne zdobycze nauki w dziedzinie rozwoju człowieka. Wtedy struktura hierarchiczna, stanowiąca konstrukcję organizacyjną Kościoła, a charakteryzująca się wyraźną linią podporządkowania, winna zadziałać jak dobre narzędzie do redukcji oddziaływania tych, którzy swoimi publicznymi wystąpieniami wystawiają chrześcijaństwo na pośmiewisko. Tyle że tak się nie dzieje, zaś wśród odbiorców nie brak przyklaskujących tego rodzaju wypowiedziom. To ci sami, którzy zatykają uszy na krzyk ofiar przemocy seksualnej, bo myśl, że udziałem osoby konsekrowanej mogłoby być aż tak wielkie zło, obróciłaby w gruzy ich religijne życie.
Nie utożsamiam religijności z życiem duchowym. Można przez całe życie być człowiekiem religijnym i nawet nie otrzeć się o duchowość. Kiedy spotykam się z bezwzględną, skostniałą, niemiłosierną i oceniającą postawą wśród szeregowych katolików, zastanawiam się, czy to nie zasługa pseudo-duchowej formacji, którą otrzymali w trakcie katechezy szkolnej oraz tej z ambony. I o to również mam żal do Kościoła – o kształtowanie postawy religijnej, a tak mało duchowej; o czynienie z ludzi niewolników Boga. Gdyby Bóg chciał mieć niewolników, nie dałby człowiekowi wolnej woli. Pomóżcie ludziom być po prostu ludźmi, a sami odkryją jak piękne i mądre jest w swej istocie chrześcijaństwo. Weźmy chociażby Dekalog, stanowiący zgoła uniwersalne prawo naturalne. Miej swój system wartości i żyj w zgodzie z nim; szanuj rodziców; szanuj ludzi; jeśli masz coś przeciw komuś, powiedz mu to w twarz, a nie za plecami; nie kradnij; nie zabijaj; nie krzywdź; nie traktuj drugiego człowieka i jego cielesności instrumentalnie; nie traktuj tak również siebie; bądź wierny i lojalny. Życie według powyższych zasad niepodważalnie przynosi wolność i spokój, dokładnie tak, jak powiedział św. Paweł – ku wolności wyswobodził nas Chrystus (Ga5,1). Ale to samo można przekazać w zupełnie inny sposób. Nie wolno Ci tego, nie wolno tamtego, musisz to… I wtedy religia jest jak zniewolenie. A wystarczy przenieść akcent na realizację miłości, bo czyż nie tym są właśnie Przykazania Boże – konkretyzacją pozostawionego nam przez Jezusa wezwania do miłości Boga i bliźniego? Zbyt często można odnieść wrażenie, że wiara, to przede wszystkim moralność. Tymczasem chodzi o żywy kontakt człowieka z Bogiem, o to, by przekroczyć prawo i dojść do rdzenia, doświadczyć treści. Właściwa formacja duchowa, to taka formacja, która daleka jest od ślepego przyjmowania prawd głoszonych przez ludzi – nawet tych obdarzonych największym autorytetem. To praktyka świadomego wyboru, poprzedzonego również pewną dozą krytycznego myślenia (nie mylić z krytykanctwem). Wierni, którzy jej nie otrzymali, mogą czuć się zagubieni w obecnym moralnym chaosie (co innego głosimy, czym innym żyjemy).
Skala, jaką przybrały przestępstwa na tle seksualnym wśród kleru, statystyki, które mówią o tym, że nawet 15 % księży ma dzieci, zatrważająca liczba biskupów traktujących swój „święty urząd” jako „świetny biznes” do dorobienia się (choćby pałacu na emeryturze), deklamatorzy sloganów, o których Jezus mówił: Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy, bo zamykacie królestwo niebieskie przed ludźmi. Wy sami nie wchodzicie i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą (Mt 23, 13) – wszystko to sprawia, że chociaż nie straciłam wiary w samego Boga, powoli tracę wiarę w Jego obecność w Kościele. Czuję się niczym dziecko, które musi patrzeć na matkę krzywdzoną przez ojca; na matkę, która nie potrafi brutala wyrzucić za drzwi, lecz pozwala, by ten krzywdził i ją i ich dzieci. Wobec niemocy matki dziecku pozostaje tylko z żalem opuścić i jedno i drugie – toksycznego ojca, a także matkę oraz rodzeństwo, których wcale zostawiać nie chce. Bo Kościół jest, a przynajmniej powinien być dla nas jak bezpieczny dom. Tego pragniemy, oczekujemy, a nawet – w imię Chrystusa – wręcz żądamy!
Myślę, że gdyby Jezus pojawił się dziś na ziemi, powywracałby stoły na niejednej księżowskiej imprezie, jak onegdaj w świątyni. Kościół traci wiarygodność przez to, że nie potrafi konsekwentnie się oczyszczać. Ukrywanie prawdy i udawanie w imię nie-gorszenia, że zło go nie dotyczy, bo przecież jest święty, prowadzi do jeszcze większego zła i zgorszenia. Świętość Kościoła winna wyrażać się w jego klarowności. Tylko w ten sposób może odbudować zaufanie i autorytet. Coraz częściej mówi się o dwóch Kościołach, lecz dystansowanie się od tego, co nie należy do Jezusowego nauczania, a mimo to wychodzi z ust ludzi Kościoła i to nierzadko zajmujących wysokie pozycje w samej jego strukturze, to jednak za mało. Warto szukać przestrzeni i parafii, która będzie nas wewnętrznie budować, w której będziemy czuć się pokrzepieni, również słowem ludzkim. Ale to nie załatwia sprawy – znaleźć swój spokojny kąt i udawać, że w drugim pokoju nie dzieje się dramat. Świadomość istnienia dobrych i „fajnych” księży nie wystarczy. Kościół musi być jeden – z jednego kawałka. Jeśli w jakiejś części swojego Ciała sprzeniewierza się deklarowanym ideom, a jednocześnie w porę nie amputuje zatrutego elementu, trucizna, niczym gangrena, rozprzestrzenia się czyniąc martwym cały Organizm. Uczciwym się jest lub nie jest. Nie można być uczciwym po części. To rozdwojenie, ten brak spójności sprawia, że Kościół przestaje być autentyczny, przestaje jawić się jako depozytariusz Sprawiedliwości, Prawdy i Dobra. Próby kamuflażu prawdy są jak odbieranie nam inteligencji, są pozbawianiem nas możliwości racjonalnego osądu rzeczywistości. Wstyd mi wobec niemocy i tchórzostwa hierarchów, którzy dawno powinni oczyścić swoje struktury z wilków w owczej skórze. Nie przyjmuję roli oskarżyciela. Wypowiadam się z pozycji dziecka, które przestało czuć się bezpiecznie w swoim domu. Nie oczekuję od Kościoła świętości rozumianej jako bezgrzeszność. Domagam się natomiast uczciwości; tego, by stanął w prawdzie wobec siebie i swoich wiernych, by nieustannie korygował kierunek, w którym zmierzać powinien. W przeciwnym razie stanie się niczym smutny, opuszczony dom. Jeżeli Kościół ma się podnieść, musi zająć jednoznaczne stanowisko wobec zła, a także podjąć konkretne i konsekwentne działania zmierzające do wyeliminowania haniebnych czynów ludzi w swoich szeregach. Czy Kościół jest gotowy zapłacić za swoje błędy? Przyznać, że w wielu przestrzeniach nie żyje zasadami, które głosi? Naprawić normatywny chaos i zgorszenie, którego sam jest twórcą?
wtorek, 18 stycznia 2022
Bilans sentymentalny
Połowa stycznia za nami, ehca noworocznych postanowień już prawie przebrzmiały, a jeszcze nie było podsumowania starego czasu. A zatem...
W minionym roku:
środa, 1 grudnia 2021
Z miłości do bycia
Pierwszy grudnia, pierwsze przymrozki, pierwszy śnieg, a moje kwiaty – jakby wbrew swojej naturze - nie przestają zakwitać. Lobelia niebieszczy się w pełnej krasie, pelargonia wprawdzie przywdziewa coraz więcej żółtych liści, a aksamitki już niemal w ogóle ich nie mają, ale pęd do życia powoduje, że uparcie wydają nowe pąki. Dopiero co na zimowy spoczynek wysłałam wielkokwiatowe begonie bulwiaste – królowe rabat i balkonów. Z pękającym sercem, niczym kat, obcinałam kolorowe naręcza w pełnym rozmachu ich bytu, wiedziałam jednak, że jeśli mają obudzić się do życia za rok, muszą trafić do piwnicy nim dopadnie je mączniak, szara pleśń czy zwykłe wychłodzenie. Jednoroczne miały gościć na balkonie do naturalnej śmierci, tej jednak skutecznie się opierają. Oprócz zawsze mile widzianych puchatych pszczół i trzmieli, moje kwiaty zapylane były przez – już nie tak mile widziane – motyle. Te ostatnie bowiem namiętnie składają w moim zagonku larwy. Wielkie liście komarzycy nikły w oczach pożerane przez wygłodniałe gąsienice-bestie. W ruch od razu poszły ostre środki, wszak: albo one, albo moje kwiaty! Dodam, że zwykle staram się egzystować w jako takiej symbiozie z owadami. Pająkom pozwalam wić pajęczyny na balkonowej barierce do woli, lecz jeśli przekroczą granicę i zbliżą się do mieszkania, wypowiadam im wojnę, w której szans nie mają. Podobny los miał spotkać poczwarki motyli. Na opakowaniu zapewniano o efekcie już „od pierwszego oprysku”, a tu nic. Larwy rosły, liści ubywało. I wtedy TO zobaczyłam. Ten kokon! W mig „postawiłam krzyżyk” na mojej roślinie oczekując już tylko cudu narodzin motyla. Cud zdarzył się mimowolnie, a moje zielone kłącze, o dziwo, wydało nowe liście i do dziś ma się całkiem dobrze.
Zadziwia mnie ten pęd do życia, widoczny zresztą nie tylko na moim balkonie. Czy z miłością jest podobnie? Czy i tej nic nie powstrzyma? Obawiam się, że to tylko mrzonka. Życie jest siłą na swój sposób ślepą (choć niektórzy twierdzą, że kierowaną przez rozumny Byt). Jednakowoż miłość nie jest wyłącznie instynktem, a świadomość i wolność paradoksalnie bywają jej hamulcem. Kochać, to jedno, być z kimś, to zupełnie co innego.
Ostatnio czytałam niezwykle ciekawą książkę. Jej autor podważa powszechnie panującą opinię, jakoby cywilizacja, wraz z rolnictwem i własnością prywatną, stała się lekarstwem na tępych jaskiniowców walących się po głowach maczugami. Twierdzi on, że było wręcz odwrotnie. Jego teza głosi, iż człowiek pierwotny żył w wolności i równości, a problemy zaczęły się, gdy pierwsza osoba ogrodziła kawałek ziemi mówiąc: „to moje”. Zbieracze dzielili się bowiem wszystkim, nierówność zaś pojawiła się dopiero wraz z praktyką własności. Fortyfikacje, to efekt osiedlania się w jednym miejscu, wcześniej praktycznie nie było wojen. Bez własności nie było o co walczyć, osiadłe życie natomiast uczyniło nas bardziej nieufnymi wobec obcych. O ile drogi koczowników stale się krzyżowały, o tyle mieszkańcy wsi skupiali się już głównie na swojej społeczności i własności. Tezę tę potwierdza również archeologia. Co więcej, rozwój własności prywatnej i rolnictwa położył kres epoce profeminizmu. Mężczyźni w prymitywnych społeczeństwach spędzali znacznie więcej czasu ze swoimi dziećmi, a wychowywanie było wspólnym obowiązkiem całego plemienia, co przyczyniało się do budowania w młodym pokoleniu obrazu świata jako „miejsca do dawania”, ale to już osobny temat. Koczowniczy tryb życia kontra rolnictwo, to ponadto ruch i urozmaicona dieta kontra monotonia i katastrofy. Jeden nieudany zbiór, jeden wirus i mamy koniec generacji.
Analogicznie rzecz ma się z moim kobiercem kwiatów. To nie motyle z ich larwami popełniły błąd. To ja, tworząc łąkę na balkonie, powołałam do życia coś wbrew naturze. Z miłością bywa podobnie. Nie w tym miejscu i nie w tym czasie, wbrew zasadom. A jednak… Poczwarka stała się motylem, a kwiaty uparcie kwitną.
sobota, 31 lipca 2021
Czy Projekt okazał się doskonały?
Czy
patrząc na góry, morze lub inne ulubione widoki ogarnia Was podziw i
uwielbienie dla przepięknych krajobrazów? Z kolei jakie uczucia przepełniają
Wasze serca na myśl o pająku wstrzykującym w ciało swojej
ofiary jad rozpuszczający jej wnętrzności?
Niedawno pisałam o żukach leśnych i o
moim upodobaniu do stawiania ich na nogi. Pewnego razu,
zobaczywszy bezradnie wymachującego nogami osobnika leżącego na swym
pancerzu, pochyliłam się, by go odwrócić. Jakież było moje zdziwienie, gdy
okazało się, że żuk jest już martwy, a dojrzany przeze mnie ruch, to mrówki,
zatwardziale próbujące go dźwignąć. Sprytnie zajęły symetryczne pozycje – ciekawe jak się dogadały kto gdzie stanie. Czyżby instynkt? Z całą
pewnością Stwórca musi być inteligentnym Projektantem! I – jeśli przyjąć
optykę obserwatora chłodno przyglądającego się jakiemuś „wynalazkowi” –
przedstawienie to można uznać za cudowne, patetyczne i całkiem doniosłe.
Jeszcze chwilę temu myślałam o ratowaniu
żuków, nagły zwrot akcji i moja uwaga koncentruje się na mrówkach, którym
skapnęło tyle cennego pożywienia. Jakież to wszystko mądre! Bez wątpienia światem
nie rządzi chaos. Wszystko „trzyma się kupy”. Prawa kierujące naturą są spójne
i logiczne, jak cały łańcuch pokarmowy, tyle że te reguły są w sumie całkiem
okrutne. Nie widzę nic wzniosłego w byciu konsumentem wyższego rzędu (który
zresztą w łańcuchu pasożytów stoi na samym dole).
Świat nie jest chaosem, skądinąd jawi mi
się jako absurdalny. Na czym polega jego wewnętrzna sprzeczność (absurdus =
niespójny)? Cała ta logika nie prowadzi do niczego, poza cierpieniem, a
wszelkie poszukiwania szczęścia, skazane są na porażkę. Lecz póki
życia, póty nadziei. Z tym wielkim hasłem Tolkiena w sercach i na ustach
szukamy miłości i spełnienia. Tymczasem wszystko to dzieje się jakby pod prąd i na przekór rządzącym nami prawidłom. Celowość świata zdaje się być
wewnętrznie sprzeczna, a zatem świat jest absurdem. Chyba że jego celem jest
cierpienie, my jednak uparcie dążymy
do prawdy, dobra i piękna, tyle że te jakoś uparcie nam się wymykają,
co ostatecznie czyni nas ludzi, z tym swoim pragnieniem i poszukiwaniem
wzniosłych wartości, bardziej żałosnymi niż szczury doświadczalne umieszczone w
labiryncie.
Coraz częściej ogarnia mnie poczucie, że
świat nie jest doskonałym tworem Boga, a jedynie areną nieustającej walki i
cierpienia. Osa składająca jaja w żywej gąsienicy i larwy zjadające ją od
środka. Twórca teorii ewolucji, Karol Darwin, doszedł do wniosku, że tylko
potwór mógłby coś takiego wymyślić. Trudno odmówić mu racji. To prawda, że
w krainie zwierząt da się zaobserwować życie emocjonalne, bezinteresowność,
radość, zabawę, smutek czy rozpacz, ostatecznie jednak te wrażliwe, uczuciowe
istoty i tak muszą się nawzajem zeżreć, by przetrwać.
Zbyć często pytania o zło i cierpienie
zbywa się frazesem o jakimś wielkim planie, niepojętym dla skończonych ludzkich
umysłów. Plan może i jest, ale wydaje się on nie mieć nic wspólnego z dobrym i
troskliwym Bogiem, a takiego uparcie szukam. Jak ufać i wierzyć w miłość
bezdusznego, inteligentnego Projektanta? Można się Go co najwyżej bać, lecz miłość i lęk w parze nie idą.
Boże Miłosierny, czy istniejesz naprawdę, czy jesteś wyłącznie moją potrzebą akceptacji miłości i bycia kochaną? Czy istniejesz naprawdę, czy wymyśliłam Cię, bo bez świadomości, że jest Ktoś, kto mnie absolutnie i bezwarunkowo kocha i przyjmuje, tak trudno żyć... Nie szukam Pierwszej Przyczyny, Nieporuszonego Poruszyciela, Koniecznego, Nieskończonego, Najdoskonalszego, kierującego wszystkim Absolutu, a Boga bliskiego. Ten z kolei sprawia raczej wrażenie słabego wobec zła i cierpienia. Jakby mówił: chcesz kochać – kocham razem z Tobą, masz nadzieję – żywię ją i ja, cierpisz – cierpię wespół, lecz nie odejmę Ci ni grama cierpienia i nie urzeczywistnię Twych nadziei. Bóg obojętny czy słaby? Tylko czy Boga, który nie jest wszechmocny, w ogóle można Bogiem nazywać? Pytanie o Projektanta pozostaje bez odpowiedzi...
Pragnienie Ciebie, nie czyni Cię rzeczywistym... Mimo to ośmielam się prosić – bądź. Bądź, proszę Cię, Boże i okaż się Miłością.
piątek, 30 lipca 2021
O żuku leśnym nieco sentymentalnie
Ten piękny, metaliczny gatunek chrząszcza, to prawdziwy leśny sanitariusz! Bez gadania bierze na siebie brudną robotę, sprzątając las z butwiejących liści, igliwia, mchu czy kory drzew. Nadmiar pokarmu zakopuje w podziemnych tunelach, co nie tylko pozwala utrzymać las w czystości, ale dodatkowo poprawia jakość i strukturę gleby. Martwe cząstki użyźniają ją bowiem, a tunele spulchniają. To, co go wyróżnia, to jego zdolność orientacyjna w otoczeniu. Rzec można - wyposażony jest w naturalny kompas! Potrafi kierować się względem położenia Słońca, światła Księżyca czy Drogi Mlecznej. Wspaniały i wyjątkowy, choć dla większości pozostanie zwykłym "gnojarzem". Przemierzając leśne ścieżki napotkasz go niemal na każdym kroku. W swojej tułaczce jest niczym miniaturowy czołg, choć niekoniecznie wykazuje się wielką sprawnością.
piątek, 16 lipca 2021
O (bez)sensie śmierci
Śmierć – przerwane marzenia, niezrealizowane plany.
Jedna
z moich Koleżanek przeżyła ostatnio wielką tragedię. Przyszła
synowa zmarła praktycznie na jej rękach. Udławiła się kolacją. Nie
miałam okazji poznać tej młodej kobiety, tragizm historii sprawił jednak, że
odczułam ją w jakiś osobisty sposób. Złapałam się też na pewnej refleksji.
Pomyślałam – co za bezsensowna śmierć. Lecz to spostrzeżenie zrodziło od razu
kolejne i powstała konstatacja – czy jakakolwiek śmierć ma sens? Czy gdyby
cierpiała, dajmy na to na raka, każdego tygodnia umierając niejako stopniowo na
nieuleczalną chorobę i to ostateczne zamknięcie oczu byłoby (z pewnego punktu widzenia)
wybawieniem – czy wtedy ta śmierć miałaby sens? W gruncie rzeczy wszyscy, odkąd
pojawiliśmy się na tym świecie, zbliżamy się nieuchronnie do śmierci, gasnąć
jakby „na raty”. Przedwcześnie czy też „o czasie”. Kto zresztą miałby decydować
kiedy jest ten właściwy, choć w dobie powszechnej eutanazji okazuje się, że są
i tacy, którzy ośmielają się decydować. Ja takiej odpowiedzialności na siebie
brać nie zamierzam.
To
może gdy umiera zupełnie stary człowiek – może wtedy taka śmierć ma sens? Był
prawy, dobrze żył, a teraz odchodzi w spokoju. Notabene, czy to odchodzenie jest
spokojne czy raczej pełne trwogi, to też kwestia nie do zbadania inaczej, jak
tylko na drodze własnego doświadczenia. Tyle że wrażeniami z „przygody” już się
z nikim nie podzielimy. Gdzie jest granica sensu śmierci i czy w ogóle można o
takiej mówić? W moim odczuciu dobrze przeżyte życie nie nadaje znaczenia jego
końcu, a jedynie samemu życiu.
I
tu dochodzimy do sedna. Śmierć i cierpienie pozostaną dla mnie na zawsze
bezsensem. Nie zamierzam nadawać im go na siłę. Jest to przestrzeń, której nie
potrafię wyjaśnić. Przestrzeń zdecydowanie większa ode mnie, większa od mojego
pojmowania i zgadzam się na to, by została bez odpowiedzi. Jedyne, co mogę, to
próbować odnajdywać się w niej, mimo dojmującego poczucia absurdu.
Pewne
małżeństwo starało się trzynaście lat o
dziecko. Kiedy w końcu im się udaje, kochający mąż i ojciec umiera na
raka, podczas gdy jakiś inny brutal, znęcający się nad rodziną, ma się dobrze.
Wiele by można mnożyć przykładów.
Racjonalizowanie
wymiaru cierpienia i śmierci, doszukiwanie się celu, przede wszystkim zaś
mieszanie do tego Boga, który rzekomo z rozmysłem posługuje się bólem jako
narzędziem wychowania krnąbrnego człowieka, to wielkie nieporozumienie.
Czy
mam lepszy pomysł na rozstrzygnięcie tematu? Nie. Po prawdzie nie mam żadnego. Niepełnosprawności
mojego dziecka też nie zamierzam wyjaśniać, przypisywać jej jakiegoś głębszego
wymiaru. Jego autyzm jest kompletnie bez sensu. Owszem – uczy mnie nieustannie
większej uważności, radości ze zwykłej codzienności, z małych sukcesów, ale
niewykluczone, że umiejętności te mogłabym nabyć i na innej drodze. Nie uważam
jakoby choroba syna była niezbędna dla mojego rozwoju
Człowieczeństwa.
Teza jest zatem następująca: sens
śmierci tej dziewczyny – żaden bądź nieznany.
Czy
wobec tego pozostaje nam jedynie żyć niczym marionetki ślepego (bądź nie
ślepego) „Losu”? Żadną miarą. Warto mieć poczucie sprawczości, nadawać sens
swojemu życiu, działać, budować dobro wokół siebie. Lecz lepiej zbytnio się nie
przywiązywać do swoich kreacji, chyba że tych wewnętrznych. Ich bowiem nikt nam
nie odbierze, nawet śmierć.
Z
punktu widzenia człowieka wierzącego, śmierć, jako spotkanie twarzą w twarz z
Bogiem, jako początek nowego, lepszego życia, to najgłębszy cel istnienia
ludzkiego. Nie da się ukryć, że śmierć jest czymś nieuniknionym i to do niej
wszystko zmierza. Mimo to, nie chcę odczytywać swojego doczesnego życia tylko i
wyłącznie przez jej pryzmat. Warto mieć ją na względzie, być świadomym, że
życie jest niejako drogą nieuchronnie prowadzącą do śmierci, jednak coś we mnie
burzy się przeciwko spychaniu na dalszy plan samej drogi. Skoro tu jestem,
skoro dane mi było iść tą drogą i jej kosztować, nie jest dla mnie bez różnicy
jak owa droga wygląda. I to ze względu na drogę samą w sobie, nie
na jej koniec. Nadto, wcale mi się do owego końca nie śpieszy.
Jeśli
za K. Rahnerem uznamy, że "śmierć jest... czynnym spełnieniem (się
człowieka) od wewnątrz, aktywnym doprowadzeniem siebie do spełnienia,
wzrostem, który zachowuje życia człowieka, i wejściem w totalne posiadanie
samego siebie, jest zrealizowaniem samego siebie i pełnią osobowej
rzeczywistości, jaką człowiek się stał przez swoje własne wolne akty" (K.
Rahner, Słownik), jeśli śmierć wieńczy i kończy osobową realizację
człowieka, to tym bardziej nie będę jej wyglądać, wiele mi bowiem jeszcze
potrzeba czasu na stawanie się Człowiekiem.
W
ujęciu M. A. Krąpca (Człowiek w perspektywie śmierci) w sensie biernym
śmierć, to biologiczny rozkład, w sensie czynnym zaś, to realne przeżycie
ducha, w którym czlowiek "konstytuuje się bytem naprawdę
osobowym, zdolnym do podjęcia ostatecznych decyzji ludzkich".
Jeśli
śmierć faktycznie jest koncentracją ziemskich wyborów człowieka, to z pewnością
jest momentem doniosłym, a może nawet wzniosłym. Lecz jawi mi się taką nie
tylko ze względu na to, co po niej nastąpi, ale również ze względu na drogę,
która do śmierci prowadzi. Nie chcę umniejszać śmierci,
a raczej dodać jeszcze więcej wzniosłości samemu życiu. Chcę bronić ją przed
trywializowaniem i umieszczaniem w ramy ograniczonego ludzkiego pojmowania.
Śmierć
jest o tyle szczególna, że otwiera na spotkanie z Bogiem. Jednak w tym ujęciu śmierć
miałaby dla mnie sens stricte tylko, jeśli to ona sama byłaby źródłem więzi z
Bogiem, a tak w moim przekonaniu nie jest. Człowiek powołany został do życia;
relacje, które tworzy, korelacje wiary, nadziei i miłości, dokonują się tu, w
czasie jego ziemskiej drogi, która ma sens sama w sobie. Doniosłość
śmierci bierze się zatem z doniosłości życia, które do niej prowadziło.
Nie chcę sprowadzać śmierci do – skądinąd ważnego – spotkania z Bogiem, czy – jeszcze gorzej – uwolnienia od balastu ciała. Za Tomaszem z Akwinu, a także kontynuatorami jego myśli – M. A. Krąpcem i J. Piperem powiem, że to właśnie połączenie dyszy z ciałem czyni nas pełnym Człowiekiem, stąd śmierć jest wręcz swoistą tragedią – jest rozdarciem bytu. Ośmielę się wyjść z koncepcją, że w śmierci chodzi o coś więcej niż o Boga. Chodzi również o samego człowieka. Bo czyż i Bogu nie o człowieka samego chodzi? Czy jedynym odniesieniem człowieka winien być Bóg? A co z odniesieniem do siebie samego? Czy to jest już nieważne? Lub tylko, jeśli – odnosząc się do siebie samego – de facto odnosimy się do Boga ..w nas..?
Wciąż jestem na drodze „stawania się” i nie znam odpowiedzi na
wiele pytań. Wiele z nich pewnie zostanie bez odpowiedzi. I niech tak będzie.
Znaki zapytania nie są złe. Stawianie na siłę wykrzykników i kropek tam, gdzie
natura rzeczy ewidentnie nas przerasta, to jakby powiedzieć – mogę już umrzeć,
moje Człowieczeństwo dokonało się.
Śmierć
jest tylko właściwością życia, ale to nie ona decyduje o naszym losie, rzekomo
stanowiąc – jak twierdzi L. Boros – „pierwszy
w pełni osobowy akt człowieka”. Te
dokonują się już w ziemskim życiu. Nie wyolbrzymiałabym roli śmierci. O
wiele większa jest miłość i to ona ma znaczenie w momencie śmierci, to ona decyduje
o spotkaniu z Bogiem. Śmierci mogłoby równie dobrze nie być. Jest bez sensu.




